.......że jesteśmy tu już cztery miesiące.
I tak jakoś mija spokojnie dzień za dniem. Powiedziałabym, że nawet nieco
nudnawo jest.
Trochę "emocji" czeka nas z operacją p.t. "przerejestrowanie samochodu".
Oprócz przerejestrowania na numery berlińskie musimy go tu ubezpieczyć.
Tu jakoś śmiesznie jest z tym przerejestrowaniem- rzecz zaczyna się od
przeprowadzenia badania technicznego w upoważnionej do tego stacji TUV.
To coś jak nasza stacja kontroli pojazdów. Z wydanym przez stację TUV
certyfikatem należy ubezpieczyć samochód i z tymi dwoma dokumentami
oraz z prawem jazdy, dotychczasowym dowodem rejestracyjnym , książeczką
pojazdu oraz dowodem zameldowania można się wybrać do Wydziału
Komunikacji by uzyskać nowe dokumenty. Okazało się, że dla samochodów
które dotychczas są zarejestrowane w innym niż Niemcy kraju, istnieje
oddzielny Wydział Komunikacji. Udało nam się mailowo "złapać" termin
rejestracji na drugą dekadę marca. W Wydziale Komunikacji potną na kawałki
dotychczasowy dowód rejestracyjny i wystawią nowy. A potem musimy sobie
pobrać ze strony internetowej naszego dotychczasowego Warszawskiego
Wydziału Komunikacji odpowiedni druk, wypełnić go , przesłać listem do
WK i.....finito!
Jak to dobrze, że jednak jesteśmy w UE, bo dzięki temu nie będziemy musieli
się w tym celu udawać do Warszawy.
Tak przy okazji przekonałam się, że w necie wciąż krążą na ten temat nieaktualne
informacje.
Pęcznieje mi portfel - niestety nie od pieniędzy ale od wszelakiej maści kart.
Przegródki w torebce też jakoś pęcznieją -muszę mieć przy sobie: paszport,
polski Dowód Osobisty, berliński dowód zameldowania. i oczywiście smartfon,
bo niestety wciąż mi jest potrzebny tłumacz i nawigacja no i gdy nie jadę
samochodem to aplikacja do zakupienia biletów komunikacji miejskiej.
Dobrze, że nie muszę go używać by się dostać do toalety gdy jestem w mieście.
Bo jak dotychczas to obsługa smartfona ciągle u mnie kuleje, widać, że nie
mam w tym zakresie intuicji, bo ponoć obsługa jego jest intuicyjna.
Jak na razie mamy nadal w Berlinie mróz- środek dnia, słońce wariacko świeci
i jest -8 stopni mrozu i zimny, lodowaty wiaterek.
A ja tęsknię za Berlinem takim, jaki poznałam w czasie pierwszej tu bytności:
drewniana rzezba
piątek, 2 marca 2018
niedziela, 25 lutego 2018
Taka sobie....
....wyliczanka.
Nie piszę, bo mnie boli ręka- prawa, a pisanie jedną ręką sprawia, że robię
błędy no i strasznie długo to trwa.
A ręka mnie boli, bo jestem sklerotyczką - zapomniałam, że pod koniec
pazdziernika naderwałam sobie prawy biceps i kilka dni temu podniosłam
zbyt ciężką siatkę.
W ramach ochrony ręki czytam. A tak dokładnie to czytam książkę Salmana
Rushdiego "Grimus".
Nie często sięgam po jego książki - do "Szatańskich wersetów"podchodziłam
kilka razy.
Za którymś kolejnym razem "zaskoczyłam" - z żalem skończyłam czytać.
Oczywiście nie mogę pojąć co tak rozwścieczyło islamistów, no ale tak
to jest gdy się pisze prawdę o religii. Bo co z tego, że to co napisał było
prawdą, skoro zostało wycofane, obalone, zakazane.
U nas z kolei wystarczy napisać o tym, że chrześcijaństwo ma swe korzenie
w innych, wcześniejszych wierzeniach i też się podpadnie.
Trochę ciężko mi się tego "Grimusa" czyta, bo trudno chwilami wejść
w tok myśli Rushdiego, przebić się przez ich natłok i niejaki chaos.
Nie mniej znów jestem pełna podziwu dla wyobrazni tego pisarza. Poza tym,
jak to u Rushdiego, mnóstwo tu zdań wielokrotnie złożonych, długich niczym
najdłuższa anakonda i dopóki nie wejdę w " kod" niektóre zdania muszę
najzwyczajniej w świecie dwa razy przeczytać, żeby się zupełnie nie zaplątać.
Przeczytałam już niemal połowę a nadal nie wiem co/ kto jest ten "Grimus".
A na półce już czeka następna książka tego pisarza, "Ziemia pod jej stopami".
I doczytam wreszcie Orhana Pamuka "Nowe życie". Zaczęłam ją czytać za
którymś pobytem w Berlinie i nie zdążyłam wtedy skończyć. Bo to też książka,
której nie da się przeczytać " ot tak". Za coś jednak Nobla dali;)
No i przyszła zima- bez śniegu, nocą jest nieco na minusie (-7) , ale za to dziś
jest słońce i gdyby nie było wiatru to byłoby całkiem miło. Ale nie jest.
Obejrzałam nieco Olimpiady i nie mam pojęcia po co nasi, poza skoczkami
narciarskimi, tam pojechali. Jak w przysłowiu- "szkoda czasu i atłasu".
Jak widzicie nic się u mnie ciekawego nie dzieje - "dzień podobny do dnia,
tydzień do tygodnia".
Miłej niedzieli wszystkim życzę;)
Nie piszę, bo mnie boli ręka- prawa, a pisanie jedną ręką sprawia, że robię
błędy no i strasznie długo to trwa.
A ręka mnie boli, bo jestem sklerotyczką - zapomniałam, że pod koniec
pazdziernika naderwałam sobie prawy biceps i kilka dni temu podniosłam
zbyt ciężką siatkę.
W ramach ochrony ręki czytam. A tak dokładnie to czytam książkę Salmana
Rushdiego "Grimus".
Nie często sięgam po jego książki - do "Szatańskich wersetów"podchodziłam
kilka razy.
Za którymś kolejnym razem "zaskoczyłam" - z żalem skończyłam czytać.
Oczywiście nie mogę pojąć co tak rozwścieczyło islamistów, no ale tak
to jest gdy się pisze prawdę o religii. Bo co z tego, że to co napisał było
prawdą, skoro zostało wycofane, obalone, zakazane.
U nas z kolei wystarczy napisać o tym, że chrześcijaństwo ma swe korzenie
w innych, wcześniejszych wierzeniach i też się podpadnie.
Trochę ciężko mi się tego "Grimusa" czyta, bo trudno chwilami wejść
w tok myśli Rushdiego, przebić się przez ich natłok i niejaki chaos.
Nie mniej znów jestem pełna podziwu dla wyobrazni tego pisarza. Poza tym,
jak to u Rushdiego, mnóstwo tu zdań wielokrotnie złożonych, długich niczym
najdłuższa anakonda i dopóki nie wejdę w " kod" niektóre zdania muszę
najzwyczajniej w świecie dwa razy przeczytać, żeby się zupełnie nie zaplątać.
Przeczytałam już niemal połowę a nadal nie wiem co/ kto jest ten "Grimus".
A na półce już czeka następna książka tego pisarza, "Ziemia pod jej stopami".
I doczytam wreszcie Orhana Pamuka "Nowe życie". Zaczęłam ją czytać za
którymś pobytem w Berlinie i nie zdążyłam wtedy skończyć. Bo to też książka,
której nie da się przeczytać " ot tak". Za coś jednak Nobla dali;)
No i przyszła zima- bez śniegu, nocą jest nieco na minusie (-7) , ale za to dziś
jest słońce i gdyby nie było wiatru to byłoby całkiem miło. Ale nie jest.
Obejrzałam nieco Olimpiady i nie mam pojęcia po co nasi, poza skoczkami
narciarskimi, tam pojechali. Jak w przysłowiu- "szkoda czasu i atłasu".
Jak widzicie nic się u mnie ciekawego nie dzieje - "dzień podobny do dnia,
tydzień do tygodnia".
Miłej niedzieli wszystkim życzę;)
poniedziałek, 19 lutego 2018
Króciutko....
żeby was nie zamęczyć.
Salon mercedesa, w którym w sobotę odbywała się impreza urodzinowa starszego
Krasnala to olbrzymi, trzypiętrowy budynek.
Po raz pierwszy byłam w tak olbrzymim salonie samochodowym. I po raz
pierwszy krążyłam pomiędzy przeróżnymi mercedesami.
Z przykrością muszę odnotować, że nie stać mnie na żadnego mercedesa.
Ale było kilka egzemplarzy, które mi się podobały.
Z ciekawością obejrzałam to wszystko, co się znajduje pod podłogą mercedesa
hybrydowego- po prostu podłoga jednego z egzemplarzy była przezroczysta i
można było wszystko spokojnie obejrzeć. Okrutnie "dużo się dzieje" pod taką
podłogą hybrydy. Oczy mi niemal wychodziły na wierzch a mózg się gubił
w domysłach "co jest czym"?
Na pierwszym piętrze owego budynku jest ten tor, na którym dzieciaki mogą
się wyżywać na elektrycznych samochodzikach.
Salon ten jest otwarty od "świtu do nocy" i pełno było w nim ludzi - jak
widać jest to sposób na spędzenie dnia wolnego od pracy.
Samochodów do obejrzenia jest multum, do każdego można wsiąść, przymierzyć
się do kierownicy, zamknąć oczy i pomarzyć.
Pomarzyć, że właśnie się zaraz zakupi mercedesa E-klasy, za te drobne 102
tysiące euro.
No bo przecież nie kupi się tego najtańszego, za 21 tysięcy euro.
A jak się już człowiek zmęczy tym przymierzaniem swej osoby do samochodu
to może się wzmocnić w kawiarni kawusią lub odchudzającą sałatką z zieleniny
i łososia, polaną odchudzającym jogurtem i posypaną owockami granatu.
I taki salon samochodowy to najlepsza reklama produktu.
Tort urodzinowy córka zrobiła tym razem sama - był z trójkolorowego ciasta,
trzy piętrowy, ze śnieżnobiałą polewą, z błękitnymi zdobieniami a po jego
rozkrojeniu z wnętrza wysypywały się drobne cukierki- u nas znane jako
"lentilky", kupowane niegdyś u braci Czechów.
Tu mają inną nazwę, dla mnie nie do wymówienia i nie do napisania;)
W sumie byliśmy tam od godziny 15,15 do niemal 19,00.
Wśród gości była tylko jedna dziewczynka, bardzo rezolutna osóbka.
I wcale te dzieci nie wrzeszczały, zachowywały się kulturalnie.
A na koniec każde z nich otrzymało "prawo jazdy na mercedesa"- taką
miniaturę prawdziwego prawa jazdy, ze zdjęciem i danymi osobowymi.
.
Salon mercedesa, w którym w sobotę odbywała się impreza urodzinowa starszego
Krasnala to olbrzymi, trzypiętrowy budynek.
Po raz pierwszy byłam w tak olbrzymim salonie samochodowym. I po raz
pierwszy krążyłam pomiędzy przeróżnymi mercedesami.
Z przykrością muszę odnotować, że nie stać mnie na żadnego mercedesa.
Ale było kilka egzemplarzy, które mi się podobały.
Z ciekawością obejrzałam to wszystko, co się znajduje pod podłogą mercedesa
hybrydowego- po prostu podłoga jednego z egzemplarzy była przezroczysta i
można było wszystko spokojnie obejrzeć. Okrutnie "dużo się dzieje" pod taką
podłogą hybrydy. Oczy mi niemal wychodziły na wierzch a mózg się gubił
w domysłach "co jest czym"?
Na pierwszym piętrze owego budynku jest ten tor, na którym dzieciaki mogą
się wyżywać na elektrycznych samochodzikach.
Salon ten jest otwarty od "świtu do nocy" i pełno było w nim ludzi - jak
widać jest to sposób na spędzenie dnia wolnego od pracy.
Samochodów do obejrzenia jest multum, do każdego można wsiąść, przymierzyć
się do kierownicy, zamknąć oczy i pomarzyć.
Pomarzyć, że właśnie się zaraz zakupi mercedesa E-klasy, za te drobne 102
tysiące euro.
No bo przecież nie kupi się tego najtańszego, za 21 tysięcy euro.
A jak się już człowiek zmęczy tym przymierzaniem swej osoby do samochodu
to może się wzmocnić w kawiarni kawusią lub odchudzającą sałatką z zieleniny
i łososia, polaną odchudzającym jogurtem i posypaną owockami granatu.
I taki salon samochodowy to najlepsza reklama produktu.
Tort urodzinowy córka zrobiła tym razem sama - był z trójkolorowego ciasta,
trzy piętrowy, ze śnieżnobiałą polewą, z błękitnymi zdobieniami a po jego
rozkrojeniu z wnętrza wysypywały się drobne cukierki- u nas znane jako
"lentilky", kupowane niegdyś u braci Czechów.
Tu mają inną nazwę, dla mnie nie do wymówienia i nie do napisania;)
W sumie byliśmy tam od godziny 15,15 do niemal 19,00.
Wśród gości była tylko jedna dziewczynka, bardzo rezolutna osóbka.
I wcale te dzieci nie wrzeszczały, zachowywały się kulturalnie.
A na koniec każde z nich otrzymało "prawo jazdy na mercedesa"- taką
miniaturę prawdziwego prawa jazdy, ze zdjęciem i danymi osobowymi.
.
piątek, 16 lutego 2018
Znowu piątek
W "najczarniejszych" snach nie podejrzewałam, że i tu zacznę ze dziwieniem
odnotowywać, że znów jest piątek, a pozostałe dni gdzieś przeleciały pędem,
zlewając się w jedną całość.
Jutro młodszy Krasnal kończy siedem lat i wraz ze swymi koleżankami i
kolegami będą się bawić w Centrum Mercedesa.
Obydwa Krasnale mają bardzo zajęty ten weekend- jutro starszy musi wpierw
być na urodzinach swego kolegi, stamtąd zostanie dowieziony na urodziny brata,
a młodszy Krasnal jutro świętuje swoje urodziny a dzień pózniej urodziny swego
kolegi.
Na szczęście tu nikt nie organizuje tych imprez we własnym domu -zajmują się
tym wyspecjalizowane firmy. Organizują całe przyjęcie i program rozrywkowy
dostosowany do wieku i zainteresowań dzieci.
Rodzice jubilata dostarczają tylko dziecko i...tort. A sami albo znikają na
najbliższe trzy godziny albo siedzą w kawiarni z rodzicami gości jubilata.
Młodszy Krasnal już na początku listopada przekazał rodzicom gdzie chciałby
się bawić razem ze swymi gośćmi. Padło na Centrum Mercedesa, gdzie
niewątpliwą atrakcją jest możliwość jazdy elektrycznymi samochodami po
specjalnym torze. Oczywiście pod troskliwym okiem instruktorów.
Z tego co wiem to jest tam również ściana do wspinaczki.
A młodszy Krasnal, który w tym roku nie chce chodzić na pływalnię, a jakiś
sport uprawiać musi, wybrał właśnie treningi wspinaczkowe.
Nie udało nam się dowiedzieć czemu dziecię w tym roku nie chce jezdzić ze
szkołą na basen, no ale tu nie ma zwyczaju zmuszania dzieci do czegoś czego
nie chcą robić i dziecko może sobie samo wybrać sport, który będzie uprawiać.
Młodszy dobrze pływa, w lecie już nawet opanował sztukę nurkowania
więc może się nieco nudził na basenie. Rodzice zaproponowali mu wpierw
kurs taekewondo ale dziecku nie spodobały się pierwsze ćwiczenia i po
drugiej wizycie na kursie - zrezygnował.
Wybrał wspinaczki "skałkowe" a idzie mu ta zabawa na tyle dobrze, że już został
przeniesiony do grupy bardziej zaawansowanej.
Starszy natomiast został przyjęty do klubu sportowego do sekcji pływackiej i
raz w tygodniu ma treningi. W sekcji jest kilku trenerów, jeden trener ma
pod opiekę 4 do 5 dzieci.
Ale, jak wiadomo, nie ma róży bez kolców, więc żeby było ciekawiej obaj
mają te swoje treningi w jednym dniu, o zbliżonej porze i oczywiście w dwóch
zupełnie różnych miejscach.
W związku z tym my obsługujemy starszego Krasnala, bo na basen odwozimy
go zaraz po szkole, potem wytracamy gdzieś w okolicy 1,5 godziny i zabieramy
z basenu do domu.
Młodszego na wspinaczki dostarcza i odbiera z nich któreś z rodziców.
Zawsze uważałam, że małżeństwo to instytucja, która ma zbyt mało pracowników.
Najważniejsze, że jak na razie zimy nie ma.
Dziś świeciło nam pięknie słońce, a gdyby do tego nie było wiatru, to byłoby
już niemal wiosennie.
Gdyby mnie jeszcze tak od czasu do czasu bardzo dziwnie nie bolało z okazji
półpaśca, to byłabym niemal szczęśliwa. To taki dziwny, kłujący ból. Ale nie da
się ukryć, że wysypka mi znika i mnie niemal już nie swędzi.
A my jutro też jedziemy do tegoż centrum mercedesa- przecież trzeba dziecku
złożyć życzenia urodzinowe i dostarczyć tort urodzinowy.
Poza tym mały uznał, że będzie to dla nas niebywała atrakcja i nie możemy się
tam nie pokazać.
Poniżej jest fragment tego "toru"
i nawet jeden z samochodzików
Nie wiem czy będę jutro robiła zdjęcia, bo mi padła karta w aparacie a
skleroza uniemożliwiła mi zakup nowej gdy byłam w Saturnie.
Poza tym nie wolno fotografować dzieci i wrzucać fotki na blog, bo żyjemy
w chorych czasach.
Ale mercedesik fotogeniczny, prawda?
odnotowywać, że znów jest piątek, a pozostałe dni gdzieś przeleciały pędem,
zlewając się w jedną całość.
Jutro młodszy Krasnal kończy siedem lat i wraz ze swymi koleżankami i
kolegami będą się bawić w Centrum Mercedesa.
Obydwa Krasnale mają bardzo zajęty ten weekend- jutro starszy musi wpierw
być na urodzinach swego kolegi, stamtąd zostanie dowieziony na urodziny brata,
a młodszy Krasnal jutro świętuje swoje urodziny a dzień pózniej urodziny swego
kolegi.
Na szczęście tu nikt nie organizuje tych imprez we własnym domu -zajmują się
tym wyspecjalizowane firmy. Organizują całe przyjęcie i program rozrywkowy
dostosowany do wieku i zainteresowań dzieci.
Rodzice jubilata dostarczają tylko dziecko i...tort. A sami albo znikają na
najbliższe trzy godziny albo siedzą w kawiarni z rodzicami gości jubilata.
Młodszy Krasnal już na początku listopada przekazał rodzicom gdzie chciałby
się bawić razem ze swymi gośćmi. Padło na Centrum Mercedesa, gdzie
niewątpliwą atrakcją jest możliwość jazdy elektrycznymi samochodami po
specjalnym torze. Oczywiście pod troskliwym okiem instruktorów.
Z tego co wiem to jest tam również ściana do wspinaczki.
A młodszy Krasnal, który w tym roku nie chce chodzić na pływalnię, a jakiś
sport uprawiać musi, wybrał właśnie treningi wspinaczkowe.
Nie udało nam się dowiedzieć czemu dziecię w tym roku nie chce jezdzić ze
szkołą na basen, no ale tu nie ma zwyczaju zmuszania dzieci do czegoś czego
nie chcą robić i dziecko może sobie samo wybrać sport, który będzie uprawiać.
Młodszy dobrze pływa, w lecie już nawet opanował sztukę nurkowania
więc może się nieco nudził na basenie. Rodzice zaproponowali mu wpierw
kurs taekewondo ale dziecku nie spodobały się pierwsze ćwiczenia i po
drugiej wizycie na kursie - zrezygnował.
Wybrał wspinaczki "skałkowe" a idzie mu ta zabawa na tyle dobrze, że już został
przeniesiony do grupy bardziej zaawansowanej.
Starszy natomiast został przyjęty do klubu sportowego do sekcji pływackiej i
raz w tygodniu ma treningi. W sekcji jest kilku trenerów, jeden trener ma
pod opiekę 4 do 5 dzieci.
Ale, jak wiadomo, nie ma róży bez kolców, więc żeby było ciekawiej obaj
mają te swoje treningi w jednym dniu, o zbliżonej porze i oczywiście w dwóch
zupełnie różnych miejscach.
W związku z tym my obsługujemy starszego Krasnala, bo na basen odwozimy
go zaraz po szkole, potem wytracamy gdzieś w okolicy 1,5 godziny i zabieramy
z basenu do domu.
Młodszego na wspinaczki dostarcza i odbiera z nich któreś z rodziców.
Zawsze uważałam, że małżeństwo to instytucja, która ma zbyt mało pracowników.
Najważniejsze, że jak na razie zimy nie ma.
Dziś świeciło nam pięknie słońce, a gdyby do tego nie było wiatru, to byłoby
już niemal wiosennie.
Gdyby mnie jeszcze tak od czasu do czasu bardzo dziwnie nie bolało z okazji
półpaśca, to byłabym niemal szczęśliwa. To taki dziwny, kłujący ból. Ale nie da
się ukryć, że wysypka mi znika i mnie niemal już nie swędzi.
A my jutro też jedziemy do tegoż centrum mercedesa- przecież trzeba dziecku
złożyć życzenia urodzinowe i dostarczyć tort urodzinowy.
Poza tym mały uznał, że będzie to dla nas niebywała atrakcja i nie możemy się
tam nie pokazać.
Poniżej jest fragment tego "toru"
i nawet jeden z samochodzików
Nie wiem czy będę jutro robiła zdjęcia, bo mi padła karta w aparacie a
skleroza uniemożliwiła mi zakup nowej gdy byłam w Saturnie.
Poza tym nie wolno fotografować dzieci i wrzucać fotki na blog, bo żyjemy
w chorych czasach.
Ale mercedesik fotogeniczny, prawda?
poniedziałek, 12 lutego 2018
Są miejsca....
........w których zima wygląda tak:
Krasnale wróciły z ferii, które spędzały na wysokości 1640 m nad
poziomem morza. Te widoczne okoliczne górki to mają po 2000m.
A na nartach spędzali 4 godziny dziennie.
Dzieciaki wróciły tak stęsknione za swymi "zabawkami", że nie
chciały w niedzielę wyjść z domu i z opóznionym sernikiem
urodzinowo-imieninowym mego męża my poszliśmy do nich.
Oczywiście był to już drugi upieczony przeze mnie sernik, bo
poprzedni jakoś podejrzanie szybko "wyparował".
Krasnale wróciły z ferii, które spędzały na wysokości 1640 m nad
poziomem morza. Te widoczne okoliczne górki to mają po 2000m.
A na nartach spędzali 4 godziny dziennie.
Dzieciaki wróciły tak stęsknione za swymi "zabawkami", że nie
chciały w niedzielę wyjść z domu i z opóznionym sernikiem
urodzinowo-imieninowym mego męża my poszliśmy do nich.
Oczywiście był to już drugi upieczony przeze mnie sernik, bo
poprzedni jakoś podejrzanie szybko "wyparował".
sobota, 10 lutego 2018
Uzupełnienie poprzedniego posta
Dziś wykupiłam lek, który mi przepisał lekarz.
Lek nazywa się ZOSTEX.
Substancją czynną jest BRIVUDIN.
Z tego co wyczytałam lek należy do nukleozydów analogicznych i zwalcza
namnażanie się wirusów opryszczki-półpaśca.
Lek jest przepisywany głównie osobom po 50 roku życia.
Bierze się go 1 tabletkę dziennie przez siedem dni. Nie należy przerywać brania
leku, chyba że wystąpi silna reakcja alergiczna i wtedy trzeba natychmiast
skontaktować się z lekarzem. Lek nie chroni przed nawrotami choroby, ale
minimalizuje komplikacje chorobowe oraz obniża ryzyko wystąpienia neuralgii
po półpaścu.
Nie wolno go stosować u osób leczonych chemioterapią oraz lekami, które
zawierają 5-flurouracyl, kapecytabinę, floksarydynę, tegafar.
U jednej na 10 osób lek może powodować nudności.
Nie brać na czczo, stosować zawsze o tej samej porze.
A jeśli idzie o nawracanie półpaśca, to czynnikiem wyzwalającym jest stres i
osłabienie odporności wywołane mieszanką stresu, zmęczenia, kontaktu z wirusami
występującymi w okresie wzmożonych zachorowań na grypopodobne infekcje.
Pan doktor mówił mi, że to najnowszy lek jaki opracowali na półpaśca.
Z tego co wyczytałam wynika, że substancja lecznicza jest wbudowana w DNA
wirusa.
W Polsce nie jest zarejestrowany .
Tu, bez ubezpieczenia 7 tabletek leku kosztuje 97,00 euro, a na ubezpieczalnię
zapłaciłam 9,70 euro.
Lek nazywa się ZOSTEX.
Substancją czynną jest BRIVUDIN.
Z tego co wyczytałam lek należy do nukleozydów analogicznych i zwalcza
namnażanie się wirusów opryszczki-półpaśca.
Lek jest przepisywany głównie osobom po 50 roku życia.
Bierze się go 1 tabletkę dziennie przez siedem dni. Nie należy przerywać brania
leku, chyba że wystąpi silna reakcja alergiczna i wtedy trzeba natychmiast
skontaktować się z lekarzem. Lek nie chroni przed nawrotami choroby, ale
minimalizuje komplikacje chorobowe oraz obniża ryzyko wystąpienia neuralgii
po półpaścu.
Nie wolno go stosować u osób leczonych chemioterapią oraz lekami, które
zawierają 5-flurouracyl, kapecytabinę, floksarydynę, tegafar.
U jednej na 10 osób lek może powodować nudności.
Nie brać na czczo, stosować zawsze o tej samej porze.
A jeśli idzie o nawracanie półpaśca, to czynnikiem wyzwalającym jest stres i
osłabienie odporności wywołane mieszanką stresu, zmęczenia, kontaktu z wirusami
występującymi w okresie wzmożonych zachorowań na grypopodobne infekcje.
Pan doktor mówił mi, że to najnowszy lek jaki opracowali na półpaśca.
Z tego co wyczytałam wynika, że substancja lecznicza jest wbudowana w DNA
wirusa.
W Polsce nie jest zarejestrowany .
Tu, bez ubezpieczenia 7 tabletek leku kosztuje 97,00 euro, a na ubezpieczalnię
zapłaciłam 9,70 euro.
piątek, 9 lutego 2018
Będziecie rozczarowani- chyba
A więc pojechaliśmy dziś do tego polskiego lekarza. Dobrze, że wyjechaliśmy
z domu nieco wcześniej, bo były cyrki ze znalezieniem miejsca do zaparkowania.
W końcu jakaś jedna miejscóweczka się znalazła, wrzuciliśmy 2 euro do
parkomatu, rezerwując miejsce na dwie godzinki.
W jednym miejscu (mieszkanie wielopokojowe) przyjmuje równolegle trzech
lekarzy: polski, rosyjski i zabijcie mnie, ale trzeciej narodowości nie odgadłam,
bo język jakim się posługiwali pacjenci trzeciego lekarza niczego mi nie zdradził.
Osoba tego lekarza też mi się z żadną nacją nie skojarzyła.
Recepcję obsługiwały dwie panie pielęgniarki, o jednej wiem, że jest po
wyższych studiach.
Plusem jest to, że można tu bez trudu oddać krew do badania, nie trzeba
gdzieś się tułać po przychodniach przyszpitalnych.
Poczekalnia była wielkości mojego pokoju, ludzi sporo. Do gabinetu wezwano
nas z poślizgiem 20 minutowym.
Pan doktor sympatyczny i dociekliwy. Dociekliwy, bo dopytywał się o stan
mego wątłego zdrowia niczym rasowy śledczy.
Przejrzał moje papierki od endokrynolożki, potwierdził, że Hashimoto mi
wszystko "zamula", w końcu rozochocona zapytałam się, czy mógłby mi zapisać
coś na opryszczkę, która zrobiła mi się na brodzie i nie tylko.
I okazało się, że mam wcale nie opryszczkę ale zaczyna mi się półpasiec i stąd
znów mam ból w rejonie zakończeń korzonków i tam już są cztery krostki całe
i jedna rozdrapana. A tak mówił o tych krostkach jakbym tam miała guzy
z gatunku nowotworowych.
Przejechał mi po okolicznym nerwie obwodowym a ja myślałam, że zejdę- tak
zabolało.
No i okazało się, że weszłam zdrowa- wyszłam chora.
Przejrzał potem całą dokumentację mego męża, i trochę się nam skomplikowało,
bo część leków nie ma tu odpowiedników i trzeba wpierw skontaktować się
z polską apteką w Berlinie, która albo napisze co i jak można stosować w zamian
lub sprowadzi leki z Polski.
No a polska apteka jest w Kapenick, coś jakby dość daleko od nas, choć to
jeszcze administracyjnie Berlin.
Czyli- niedługo, któregoś pięknego dnia pojedziemy na wycieczkę.
Generalnie pan doktor b. sympatyczny i zawodowo w porządku, a cała nasza
dokumentacja medyczna została zeskanowana.
Biletu parkingowego na szczęście wystarczyło na tę wizytę. Następnym razem
wykupię na dłuższy czas, bo chcę odwiedzić sklepy na pobliskim Kudamie.
No cóż, w końcu jestem kobietą, a tu takie fajne zaopatrzenie.
z domu nieco wcześniej, bo były cyrki ze znalezieniem miejsca do zaparkowania.
W końcu jakaś jedna miejscóweczka się znalazła, wrzuciliśmy 2 euro do
parkomatu, rezerwując miejsce na dwie godzinki.
W jednym miejscu (mieszkanie wielopokojowe) przyjmuje równolegle trzech
lekarzy: polski, rosyjski i zabijcie mnie, ale trzeciej narodowości nie odgadłam,
bo język jakim się posługiwali pacjenci trzeciego lekarza niczego mi nie zdradził.
Osoba tego lekarza też mi się z żadną nacją nie skojarzyła.
Recepcję obsługiwały dwie panie pielęgniarki, o jednej wiem, że jest po
wyższych studiach.
Plusem jest to, że można tu bez trudu oddać krew do badania, nie trzeba
gdzieś się tułać po przychodniach przyszpitalnych.
Poczekalnia była wielkości mojego pokoju, ludzi sporo. Do gabinetu wezwano
nas z poślizgiem 20 minutowym.
Pan doktor sympatyczny i dociekliwy. Dociekliwy, bo dopytywał się o stan
mego wątłego zdrowia niczym rasowy śledczy.
Przejrzał moje papierki od endokrynolożki, potwierdził, że Hashimoto mi
wszystko "zamula", w końcu rozochocona zapytałam się, czy mógłby mi zapisać
coś na opryszczkę, która zrobiła mi się na brodzie i nie tylko.
I okazało się, że mam wcale nie opryszczkę ale zaczyna mi się półpasiec i stąd
znów mam ból w rejonie zakończeń korzonków i tam już są cztery krostki całe
i jedna rozdrapana. A tak mówił o tych krostkach jakbym tam miała guzy
z gatunku nowotworowych.
Przejechał mi po okolicznym nerwie obwodowym a ja myślałam, że zejdę- tak
zabolało.
No i okazało się, że weszłam zdrowa- wyszłam chora.
Przejrzał potem całą dokumentację mego męża, i trochę się nam skomplikowało,
bo część leków nie ma tu odpowiedników i trzeba wpierw skontaktować się
z polską apteką w Berlinie, która albo napisze co i jak można stosować w zamian
lub sprowadzi leki z Polski.
No a polska apteka jest w Kapenick, coś jakby dość daleko od nas, choć to
jeszcze administracyjnie Berlin.
Czyli- niedługo, któregoś pięknego dnia pojedziemy na wycieczkę.
Generalnie pan doktor b. sympatyczny i zawodowo w porządku, a cała nasza
dokumentacja medyczna została zeskanowana.
Biletu parkingowego na szczęście wystarczyło na tę wizytę. Następnym razem
wykupię na dłuższy czas, bo chcę odwiedzić sklepy na pobliskim Kudamie.
No cóż, w końcu jestem kobietą, a tu takie fajne zaopatrzenie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






