....rzeczy dziwnych, że aż strach.
A z aktualnych dziwnych to np.moje boje o zaświadczenia o bezszkodowości.
Trochę to karkołomne zadanie, bo np. Warta, w której też kiedyś mieliśmy
ubezpieczoną bryczkę, wymagała podania nr. rejestracyjnego samochodu.
Tak się złożyło,że akurat pamiętałam numery dwóch samochodów, więc je
podałam. I nawet w ciągu dwóch dni dostałam odpowiedz, która wprawiła nas
w lekki stupor, bo oprócz tych dwóch samochodów, na zaświadczeniu figuruje
również bryczka, która nigdy nie była przez nas ubezpieczana w Warcie, a na
dodatek okres ubezpieczenia obejmował... 2 miesiące.
Następny kwiatek jest rodem z PZU - w trakcie rozmowy zapewniono nas, że
oni odszukają w archiwum całą historię naszych ubezpieczeń, wystarczy podać
tylko imię, nazwisko, pesel.
No i podali- to co my już mamy, czyli tylko ostatnie 5 lat. No nic, ręce opadają.
Gdybym była przesądna to pomyślałabym, że wisi nad nami klątwa jakiejś
nieżyczliwej osoby.
Zupełnie jak nad samochodem marki Porsche Spyder, którego właścicielem był
James Dean, amerykański aktor filmowy.
Ci co już bardzo młodzi nie są zapewne Deana pamiętają, choć zagrał zaledwie
w kilku filmach i bardzo młodo przeniósł się w spektakularny sposób w zaświaty
30 września 1955 roku, w zaledwie 2 tygodnie po nabyciu tego właśnie
samochodu.
Tak właśnie wyglądał model Porsche Spyder z 1955 roku
Porsche Spyder był modelem wyścigowym, a James Dean miał zamiar brać
udział właśnie w wyścigach samochodowych. Swojemu nowemu nabytkowi
nadał imię "Mały Drań", wypisał je na karoserii wozu i z dumą prezentował
samochód znajomym i przyjaciołom.
Ale nikt ze znajomych Deana nie był zachwycony tym zakupem, bo znając
nawyki jego nowego właściciela i prędkość jaką mógł osiągać samochód
podejrzewali, że może dojść do wypadku.
No i doszło - Dean zderzył się czołowo z innym samochodem- aktor zginął.
a drugi kierowca doznał tylko kilku drobnych skaleczeń i zadrapań, wyszedł
z wypadku cało.
A to zdjęcie Porsche Spyder, rozbitego już przez Deana. Aż dziw, że
drugi kierowca wyszedł z wypadku cało.
Mało kto wiedział, że nim samochód znalazł się w sali wystawowej Competition
Motors, kilku mechaników szykujących samochód na wystawę doznało drobnych
ale niemiłych okaleczeń- jeden złamania kciuka, który dziwnym trafem uwiązł
w drzwiach samochodu, inny, pracujący przy silniku, zwykłych skaleczeń.
Wrak "Małego Drania" kupił mechanik Georgie Barris, ten, który przygotowywał
samochód dla aktora.
Silnik samochodu był nienaruszony, Barris naprawił drobne usterki, powymieniał
różne części i sprzedał go entuzjaście wyścigów samochodowych, doktorowi
Williamowi F.Eschrichowi.
Jeden z przyjaciół Eschricha, doktor Carl Mc Henry postanowił kupić oś rozbitego
porsche, bo Barris sprzedawał również inne, ocalałe części z rozbitego samochodu,
miedzy innymi i tylne opony.
Gdy obaj lekarze podczas pierwszego wyścigu testowali swe nowe nabytki, doszło
do dwóch wypadków- samochód Eschricha dachował po wejściu w zakręt, jego
kierowca przeżył wprawdzie wypadek, ale został sparaliżowany.
Doktor Mc Henry stracił panowanie nad kierownicą i zginął uderzając w drzewo.
W dwa dni pózniej, kierowca, który kupił od Barrisa opony "Małego Drania"
cudem uszedł z życiem, bo podczas wyścigu obie opony nagle pękły.
Barri , do którego ponownie trafił "Mały drań" postanowił przeznaczyć go na
jakiś cel dobroczynny.
Wydzierżawił go kalifornijskim służbom patrolującym autostrady i tak "Mały drań"
trafił do garażu, gdzie stały i inne samochody służby patrolowej.
Niedługo potem w garażu, z niewyjaśnionych przyczyn, wybuchł pożar, w którym
niemal wszystkie samochody poważnie ucierpiały- oprócz "Małego Drania".
Wkrótce potem, w trakcie przewozu porsche na lawecie, miało miejsce bardzo
dziwne zdarzenie. Lawetę prowadził bardzo doświadczony kierowca, George
Barhuis. Nagle ciężarówka wpadła na mokrej nawierzchni w poślizg i rozbiła
się, a kierowca wypadł z szoferki. Przeżył ten upadek, ale w chwilę potem
również nieco rozbity "Mały drań" spadł z lawety wprost na leżącego jeszcze
kierowcę i zmiażdżył go.
W czwartą rocznicę tragicznej śmierci Jamesa Deana "Małego Drania"ustawiono
jako eksponat na dużej wystawie, na specjalnym podium.
Gdy pewien nastolatek z Detroit z wielkim zainteresowaniem oglądał samochód,
nagle, bez ostrzeżenia, podium zawaliło się, a samochód spadł na nogi chłopca.
Kilka tygodni pózniej znów załadowano "Małego Drania" na lawetę, a ten z niej
spadł rozbijając się na drodze i powodując poważne zranienia kilku osób.
Niedługo po tym wypadku samochód znów był na wystawie, tym razem
w Nowym Orleanie i w trakcie pokazu rozleciał się na części.
Próbowano go złożyć z powrotem, ale tym razem interweniował Barris i zażyczył
sobie, by wszystkie części załadowano w ciężarówkę i przywieziono do jego
garażu w Kalifornii.
Gdy już na miejscu otwarto kontener okazało się, że jest pusty, samochód przepadł.
Nie wiadomo co się z nim stało i nigdy go nie odnaleziono, choć starannie
poszukiwano.
Jedno jest pewne - nadając imię dziecku, psu, ukochanemu zwierzątku uważajcie,
bo tych kilka liter ma wpływ na życie i losy dziecka, zwierzątka, lub przedmiotu.
P.S.
Właśnie czytam "do poduszki" książkę "Największe tajemnice spraw mrocznych,
upiornych i niewyjaśnionych". Sporo tu całkiem ciekawych autentycznych
historyjek.
Miłego weekendu Wszystkim życzę.
drewniana rzezba
sobota, 17 marca 2018
poniedziałek, 12 marca 2018
Berlińskie święte krowy.....
......czyli rowerzyści.
W piątek rano, gdy odwoziłam starszego Krasnala do szkoły, na moich oczach
wydarzył się wypadek.
Właśnie dojeżdżałam do skrzyżowania, na którym miałam skręcić w prawo, gdy
dosłownie z 10 m ode mnie rowerzysta zderzył się z samochodem.
Samochód jechał jeszcze dość wolno, bo ruszył przed momentem spod świateł
i ja odnotowałam w swej świadomości tylko to, że ten rowerzysta jedzie
stanowczo zbyt blisko samochodu a nie w przepisowej od niego odległości
1 metra.
I w momencie gdy to pomyślałam rowerzysta " otarł się" o ten samochód,
jednocześnie lądując na ulicy. Na szczęście był w kasku, ale i tak nie mógł się
o własnych siłach podnieść.
Dziewczyna prowadząca samochód oczywiście w momencie tego ich przytarcia
się natychmiast zahamowała, na pomoc ruszyli przechodnie, a ja pojechałam
z dzieckiem do szkoły.Po ujechaniu mniej więcej 150m widziałam, że w stronę
tego feralnego skrzyżowania już jechała na sygnale policja.
Gdy w 20 minut potem wracałam tą samą trasą to na skrzyżowaniu, już przy
chodniku stał ten pechowy samochód, w nim siedziała zapłakana młoda
kobieta, przy niej stała policjantka i karetka pogotowia. Rowerzysta został
zapewne już odwieziony do pobliskiego szpitala.
O ile zachwycam się tu uprzejmością berlińskich kierowców, to rowerzyści
berlińscy mnie przerażają. Nie na każdej ulicy są ścieżki rowerowe- to raz.
Dwa- te ścieżki są często wymodzone z części chodnika, który nie zawsze jest
na tyle szeroki, żeby swobodnie mogły się na nim poruszać jednocześnie
dwie osoby. Trzy - przy skrzyżowaniach ścieżki rowerowe łączą się z jezdnią
stanowiąc jej fragment , więc wszyscy użytkownicy powinni zachowywać
uwagę, ale tę uwagę zachowują tylko kierowcy samochodów - rowerzyści mają
kierowców samochodów głęboko w tyle. Przechodniów również.
Pomyślałam, że to nawet nieżle, że Krasnal widział ten wypadek- mam nadzieję,
że ten widok dobrze mu unaocznił jak bardzo trzeba uważać jeżdżąc rowerem
ulicami miasta.
Idzie wiosna i lada dzień rowery ruszą w miasto - już się boję tych jazd pośród
zupełnie nieodpowiedzialnych rowerzystów.
Kilka ostatnich dni spędziłam na "studiowaniu" różnic w ubezpieczeniach
samochodów w Polsce i tutaj.
Różnica dość zasadnicza - w Polsce wysokość ubezpieczenia OC zależy od
pojemności silnika i jest ujęta w tabelach.
W Niemczech ubezpieczenie OC zależy od tego, czy kierowca ma staż jazdy
bezwypadkowej. Im dłuższy staż jazdy bezwypadkowej tym większa zniżka
w ubezpieczeniu OC. No i żeby było śmieszniej do OC dochodzi podatek
drogowy.
W Polsce staż jazdy bezwypadkowej jest ważny tylko przy ubezpieczeniu AC.
No i jesteśmy "załatwieni odmownie", bo choć przez te wszystkie lata mieliśmy
chyba z 9 samochodów i ani jednego wypadku, to były one kupowane na
przemian - raz właścicielem był mąż, a raz ja, co sprawia, że żadne z nas nie ma
bardzo długiego okresu bezwypadkowego, brak jest ciągłości. Zabawne, prawda?
Mój zięć, który w życiu nie był właścicielem samochodu, ale który był wpisany
jako kierowca samochodu swej mamy, ma już spory staż bezwypadkowy i dzięki
temu w wypożyczalni samochodów ma zniżkę jako "bezwypadkowy kierowca".
No cóż, co kraj to obyczaj.
Z tej okazji naszły mnie myśli ile to jeszcze jest w UE nieuregulowanych spraw,
które mogą utrudniać prawdziwą integrację.
Bo swobodne przemieszczanie się i zamieszkiwanie w dowolnym kraju UE to
jednak nie wszystko.
A teraz coś zabawnego:
A tak nasz starszy Krasnal odrabia matematykę
Miłego tygodnia wszystkim życzę;))
W piątek rano, gdy odwoziłam starszego Krasnala do szkoły, na moich oczach
wydarzył się wypadek.
Właśnie dojeżdżałam do skrzyżowania, na którym miałam skręcić w prawo, gdy
dosłownie z 10 m ode mnie rowerzysta zderzył się z samochodem.
Samochód jechał jeszcze dość wolno, bo ruszył przed momentem spod świateł
i ja odnotowałam w swej świadomości tylko to, że ten rowerzysta jedzie
stanowczo zbyt blisko samochodu a nie w przepisowej od niego odległości
1 metra.
I w momencie gdy to pomyślałam rowerzysta " otarł się" o ten samochód,
jednocześnie lądując na ulicy. Na szczęście był w kasku, ale i tak nie mógł się
o własnych siłach podnieść.
Dziewczyna prowadząca samochód oczywiście w momencie tego ich przytarcia
się natychmiast zahamowała, na pomoc ruszyli przechodnie, a ja pojechałam
z dzieckiem do szkoły.Po ujechaniu mniej więcej 150m widziałam, że w stronę
tego feralnego skrzyżowania już jechała na sygnale policja.
Gdy w 20 minut potem wracałam tą samą trasą to na skrzyżowaniu, już przy
chodniku stał ten pechowy samochód, w nim siedziała zapłakana młoda
kobieta, przy niej stała policjantka i karetka pogotowia. Rowerzysta został
zapewne już odwieziony do pobliskiego szpitala.
O ile zachwycam się tu uprzejmością berlińskich kierowców, to rowerzyści
berlińscy mnie przerażają. Nie na każdej ulicy są ścieżki rowerowe- to raz.
Dwa- te ścieżki są często wymodzone z części chodnika, który nie zawsze jest
na tyle szeroki, żeby swobodnie mogły się na nim poruszać jednocześnie
dwie osoby. Trzy - przy skrzyżowaniach ścieżki rowerowe łączą się z jezdnią
stanowiąc jej fragment , więc wszyscy użytkownicy powinni zachowywać
uwagę, ale tę uwagę zachowują tylko kierowcy samochodów - rowerzyści mają
kierowców samochodów głęboko w tyle. Przechodniów również.
Pomyślałam, że to nawet nieżle, że Krasnal widział ten wypadek- mam nadzieję,
że ten widok dobrze mu unaocznił jak bardzo trzeba uważać jeżdżąc rowerem
ulicami miasta.
Idzie wiosna i lada dzień rowery ruszą w miasto - już się boję tych jazd pośród
zupełnie nieodpowiedzialnych rowerzystów.
Kilka ostatnich dni spędziłam na "studiowaniu" różnic w ubezpieczeniach
samochodów w Polsce i tutaj.
Różnica dość zasadnicza - w Polsce wysokość ubezpieczenia OC zależy od
pojemności silnika i jest ujęta w tabelach.
W Niemczech ubezpieczenie OC zależy od tego, czy kierowca ma staż jazdy
bezwypadkowej. Im dłuższy staż jazdy bezwypadkowej tym większa zniżka
w ubezpieczeniu OC. No i żeby było śmieszniej do OC dochodzi podatek
drogowy.
W Polsce staż jazdy bezwypadkowej jest ważny tylko przy ubezpieczeniu AC.
No i jesteśmy "załatwieni odmownie", bo choć przez te wszystkie lata mieliśmy
chyba z 9 samochodów i ani jednego wypadku, to były one kupowane na
przemian - raz właścicielem był mąż, a raz ja, co sprawia, że żadne z nas nie ma
bardzo długiego okresu bezwypadkowego, brak jest ciągłości. Zabawne, prawda?
Mój zięć, który w życiu nie był właścicielem samochodu, ale który był wpisany
jako kierowca samochodu swej mamy, ma już spory staż bezwypadkowy i dzięki
temu w wypożyczalni samochodów ma zniżkę jako "bezwypadkowy kierowca".
No cóż, co kraj to obyczaj.
Z tej okazji naszły mnie myśli ile to jeszcze jest w UE nieuregulowanych spraw,
które mogą utrudniać prawdziwą integrację.
Bo swobodne przemieszczanie się i zamieszkiwanie w dowolnym kraju UE to
jednak nie wszystko.
A teraz coś zabawnego:
A tak nasz starszy Krasnal odrabia matematykę
Miłego tygodnia wszystkim życzę;))
środa, 7 marca 2018
Takie małe.....
......zadziwienia i trochę refleksji.
Ja dziś tak zupełnie mało ambitnie. Ale czy ja muszę ciągle coś mądrego pisać?
W końcu życie składa się z rzeczy drobnych, zwyczajnych, duperelek i głupotek.
W minioną sobotę rodzina podzieliła się pod względem płciowym -płeć męska
pojechała E -Banem do Berlińskiego Muzeum Techniki, a płeć żeńska udała
się na zakupy do ulubionej galerii.
I tu lekkie moje zadziwienie- sklepy.
W najbliższej okolicy mam jeden sklep ogólnospożywczy, należący do bardzo tu
znanej sieciówki. Zaopatrzenie jak w polskim sporym markecie , czyli art.
spożywcze (szeroki asortyment) duperele z Tchibo, sporo chemii gospodarczej,
alkohole, prasa, kosmetyki, automat z kawą, kwiaty. Do tego raju mam 300m.
Obok jest jeszcze apteka, azjatycki warzywniak i coś w rodzaju trafiki, gdzie
można się nawet napić kawy i uprawiać hazard w postaci totolotka. Nie wiem
co tam jeszcze jest, ponieważ ani razu tam nie byłam.
Poza tym jest jeszcze fryzjer, w którym strzyżenie na mokro kosztuje 16 euro
bez względu na płeć klienta, oraz pralnia chemiczna. Po drugiej stronie ulicy
jest butik, ale raczej dla nieco młodszych ode mnie.
Na "mojej ulicy" z kolei jest piekarnio-ciastkarnia, sklep z antycznymi meblami
prowadzony przez Polaków, kilka "salonów" fryzjerskich, jakaś naprawa sprzętu
elektronicznego, barek kawowo- sałatkowy, sklep z napojami gazowanymi
i piwem, "klinika" fizjoterapeutyczna, włoska knajpka i nocny bar.
I jeśli zamarzy się człowiekowi coś do ubrania, kapcie, tasiemka, lepszy
kosmetyk lub garnek, nie zostaje nic innego jak podjechać metrem do centrum
handlowego. Do metra mam tylko 250 metrów.
Więc podjechałyśmy. Z peronu metra nie trzeba nawet wychodzić na ulicę -
wystarczy podejść do schodów ruchomych i za moment już można ogłupieć
od nadmiaru towarów.
Na parterze radocha w postaci art. gospodarstwa domowego - weszłyśmy i...
garnki, patelnie i wszystko co w kuchni mniej lub bardziej przydatne aż po
horyzont. No normalnie można zgłupieć. Potem trafiłyśmy na całe hektary
stoisk z kosmetykami- oczopląs gwarantowany. Same nobliwe firmy, zero
kosmetyków "poślednich", jak np, poszukiwany przeze mnie tonik Garniera.
Szukałam szczotki do ubrania- po przejściu tych hektarów kosmetyków
znalazłyśmy szczotki. Jak żyję ( a żyję naprawdę już długo) nie widziałam
takiego wyboru szczotek z prawdziwego włosia. Po 5 minutach oglądania
i brania do ręki niemal każdej szczotki dostałyśmy istnej głupawki. Bo jak
nie dostać głupawki gdy widzisz co najmniej 5 modeli szczotek do
czyszczenia kaloryferów, mnóstwo rozmiarów i o różnej twardości szczotek
do czyszczenia rąk, w tym szczotki dla małych dzieci, ozdobne mniej i
bardziej szczotki do zamiatania okruszek ze stołu, oraz przebój sezonu -
szczotki w kształcie skrzydeł polskiej husarii. Niestety nie było na metce
wydrukowane do czego ta niezwykła szczotka służy.
Szczotkę do ubrania nabyłam, cena pomiędzy 15 a 20 euro. W stoisku obok
kupiłam budzik - był tańszy od tej szczotki, zaledwie 10 euro.
Potem pojechałyśmy wyżej, bo zamarzył mi się suwak rozdzielny, długi.
I znów mnóstwo regałów z art. pasmanteryjnymi. Oczywiście, jak w całej
galerii, nie ma tu żadnego sprzedawcy.Dobra wszelakiego multum, czasem
musiałam niezle poczaszkować do czego niektóre rzeczy są przeznaczone,
krąże, krążę, już chyba pół boiska piłkarskiego przeszłam a suwaków nie
widzę.
Oczywiście były, ale nie wisiały jak u nas. Tu każdy suwak miał własne, małe
pudełeczko z oznaczeniem długości a kolor i grubość ząbków były widoczne
w wyciętym "okienku". Tym razem ogarnął mnie zachwyt, nie głupawka.
Ale nic mi nie zostało oszczędzone- kierując się do działu z odzieżą sportową
przechodziłam przez dział z różnymi materiałami - muszę tam jeszcze raz
pójść. No muszę, widziałam kilka wielkiej urody "szmatek".
W dziale sportowym przecena kurtek zimowych o 70% - napis zachęcający,
ale dziecięca zimowa kurtka, po przecenie, kosztowała 100 euro. Masakra.
Kolejne zadziwienie - można chodzić po calutkim sklepie, po wszystkich jego
piętrach z wybranym towarem i za wszystko zapłacić dopiero przed wyjściem
ze sklepu. Genialne, bo ciągniesz to za sobą w koszyku na kółkach.
Potem mały skok w podziemia, przejście do wielgachnej drogerii "Dm" i tu
dostałam swe pośledniejsze kosmetyki.
Potem jeszcze sklep z torbami, walizami, zachwyt (mój) czymś co jest
jednocześnie walizką, torbą podróżną i plecakiem i ma kółka, ale tylko dwa,
a my szukałyśmy takiego "3 w jednym" na 4 kółkach.
Torebki damskie - kiepskie, wręcz brzydkie i zupełnie nie tanie.
Wreszcie klapnęłyśmy w kawiarence - po takich trudach należała nam się kawa.
Dzięki córce udało mi się nawet nieco zaoszczędzić - jako posiadaczka karty
stałego klienta i bonów za wszystkie zakupy zapłaciła ona i tym sposobem
zaoszczędziłyśmy 20 euro. Fajnie, że na paragonie od razu był widoczny
upust przy każdej pozycji, więc od razu wiedziałam ile mam jej oddać.
Refleksja przy kawie - podaż większa od popytu, to się musi zle skończyć.
Spojrzenie na zegarek - spędziłyśmy w galerii trzy godziny.
Dwadzieścia minut póżniej już byłam w swoim domu. Z lżejszym portfelem.
Ja dziś tak zupełnie mało ambitnie. Ale czy ja muszę ciągle coś mądrego pisać?
W końcu życie składa się z rzeczy drobnych, zwyczajnych, duperelek i głupotek.
W minioną sobotę rodzina podzieliła się pod względem płciowym -płeć męska
pojechała E -Banem do Berlińskiego Muzeum Techniki, a płeć żeńska udała
się na zakupy do ulubionej galerii.
I tu lekkie moje zadziwienie- sklepy.
W najbliższej okolicy mam jeden sklep ogólnospożywczy, należący do bardzo tu
znanej sieciówki. Zaopatrzenie jak w polskim sporym markecie , czyli art.
spożywcze (szeroki asortyment) duperele z Tchibo, sporo chemii gospodarczej,
alkohole, prasa, kosmetyki, automat z kawą, kwiaty. Do tego raju mam 300m.
Obok jest jeszcze apteka, azjatycki warzywniak i coś w rodzaju trafiki, gdzie
można się nawet napić kawy i uprawiać hazard w postaci totolotka. Nie wiem
co tam jeszcze jest, ponieważ ani razu tam nie byłam.
Poza tym jest jeszcze fryzjer, w którym strzyżenie na mokro kosztuje 16 euro
bez względu na płeć klienta, oraz pralnia chemiczna. Po drugiej stronie ulicy
jest butik, ale raczej dla nieco młodszych ode mnie.
Na "mojej ulicy" z kolei jest piekarnio-ciastkarnia, sklep z antycznymi meblami
prowadzony przez Polaków, kilka "salonów" fryzjerskich, jakaś naprawa sprzętu
elektronicznego, barek kawowo- sałatkowy, sklep z napojami gazowanymi
i piwem, "klinika" fizjoterapeutyczna, włoska knajpka i nocny bar.
I jeśli zamarzy się człowiekowi coś do ubrania, kapcie, tasiemka, lepszy
kosmetyk lub garnek, nie zostaje nic innego jak podjechać metrem do centrum
handlowego. Do metra mam tylko 250 metrów.
Więc podjechałyśmy. Z peronu metra nie trzeba nawet wychodzić na ulicę -
wystarczy podejść do schodów ruchomych i za moment już można ogłupieć
od nadmiaru towarów.
Na parterze radocha w postaci art. gospodarstwa domowego - weszłyśmy i...
garnki, patelnie i wszystko co w kuchni mniej lub bardziej przydatne aż po
horyzont. No normalnie można zgłupieć. Potem trafiłyśmy na całe hektary
stoisk z kosmetykami- oczopląs gwarantowany. Same nobliwe firmy, zero
kosmetyków "poślednich", jak np, poszukiwany przeze mnie tonik Garniera.
Szukałam szczotki do ubrania- po przejściu tych hektarów kosmetyków
znalazłyśmy szczotki. Jak żyję ( a żyję naprawdę już długo) nie widziałam
takiego wyboru szczotek z prawdziwego włosia. Po 5 minutach oglądania
i brania do ręki niemal każdej szczotki dostałyśmy istnej głupawki. Bo jak
nie dostać głupawki gdy widzisz co najmniej 5 modeli szczotek do
czyszczenia kaloryferów, mnóstwo rozmiarów i o różnej twardości szczotek
do czyszczenia rąk, w tym szczotki dla małych dzieci, ozdobne mniej i
bardziej szczotki do zamiatania okruszek ze stołu, oraz przebój sezonu -
szczotki w kształcie skrzydeł polskiej husarii. Niestety nie było na metce
wydrukowane do czego ta niezwykła szczotka służy.
Szczotkę do ubrania nabyłam, cena pomiędzy 15 a 20 euro. W stoisku obok
kupiłam budzik - był tańszy od tej szczotki, zaledwie 10 euro.
Potem pojechałyśmy wyżej, bo zamarzył mi się suwak rozdzielny, długi.
I znów mnóstwo regałów z art. pasmanteryjnymi. Oczywiście, jak w całej
galerii, nie ma tu żadnego sprzedawcy.Dobra wszelakiego multum, czasem
musiałam niezle poczaszkować do czego niektóre rzeczy są przeznaczone,
krąże, krążę, już chyba pół boiska piłkarskiego przeszłam a suwaków nie
widzę.
Oczywiście były, ale nie wisiały jak u nas. Tu każdy suwak miał własne, małe
pudełeczko z oznaczeniem długości a kolor i grubość ząbków były widoczne
w wyciętym "okienku". Tym razem ogarnął mnie zachwyt, nie głupawka.
Ale nic mi nie zostało oszczędzone- kierując się do działu z odzieżą sportową
przechodziłam przez dział z różnymi materiałami - muszę tam jeszcze raz
pójść. No muszę, widziałam kilka wielkiej urody "szmatek".
W dziale sportowym przecena kurtek zimowych o 70% - napis zachęcający,
ale dziecięca zimowa kurtka, po przecenie, kosztowała 100 euro. Masakra.
Kolejne zadziwienie - można chodzić po calutkim sklepie, po wszystkich jego
piętrach z wybranym towarem i za wszystko zapłacić dopiero przed wyjściem
ze sklepu. Genialne, bo ciągniesz to za sobą w koszyku na kółkach.
Potem mały skok w podziemia, przejście do wielgachnej drogerii "Dm" i tu
dostałam swe pośledniejsze kosmetyki.
Potem jeszcze sklep z torbami, walizami, zachwyt (mój) czymś co jest
jednocześnie walizką, torbą podróżną i plecakiem i ma kółka, ale tylko dwa,
a my szukałyśmy takiego "3 w jednym" na 4 kółkach.
Torebki damskie - kiepskie, wręcz brzydkie i zupełnie nie tanie.
Wreszcie klapnęłyśmy w kawiarence - po takich trudach należała nam się kawa.
Dzięki córce udało mi się nawet nieco zaoszczędzić - jako posiadaczka karty
stałego klienta i bonów za wszystkie zakupy zapłaciła ona i tym sposobem
zaoszczędziłyśmy 20 euro. Fajnie, że na paragonie od razu był widoczny
upust przy każdej pozycji, więc od razu wiedziałam ile mam jej oddać.
Refleksja przy kawie - podaż większa od popytu, to się musi zle skończyć.
Spojrzenie na zegarek - spędziłyśmy w galerii trzy godziny.
Dwadzieścia minut póżniej już byłam w swoim domu. Z lżejszym portfelem.
piątek, 2 marca 2018
Właśnie zauważyłam......
.......że jesteśmy tu już cztery miesiące.
I tak jakoś mija spokojnie dzień za dniem. Powiedziałabym, że nawet nieco
nudnawo jest.
Trochę "emocji" czeka nas z operacją p.t. "przerejestrowanie samochodu".
Oprócz przerejestrowania na numery berlińskie musimy go tu ubezpieczyć.
Tu jakoś śmiesznie jest z tym przerejestrowaniem- rzecz zaczyna się od
przeprowadzenia badania technicznego w upoważnionej do tego stacji TUV.
To coś jak nasza stacja kontroli pojazdów. Z wydanym przez stację TUV
certyfikatem należy ubezpieczyć samochód i z tymi dwoma dokumentami
oraz z prawem jazdy, dotychczasowym dowodem rejestracyjnym , książeczką
pojazdu oraz dowodem zameldowania można się wybrać do Wydziału
Komunikacji by uzyskać nowe dokumenty. Okazało się, że dla samochodów
które dotychczas są zarejestrowane w innym niż Niemcy kraju, istnieje
oddzielny Wydział Komunikacji. Udało nam się mailowo "złapać" termin
rejestracji na drugą dekadę marca. W Wydziale Komunikacji potną na kawałki
dotychczasowy dowód rejestracyjny i wystawią nowy. A potem musimy sobie
pobrać ze strony internetowej naszego dotychczasowego Warszawskiego
Wydziału Komunikacji odpowiedni druk, wypełnić go , przesłać listem do
WK i.....finito!
Jak to dobrze, że jednak jesteśmy w UE, bo dzięki temu nie będziemy musieli
się w tym celu udawać do Warszawy.
Tak przy okazji przekonałam się, że w necie wciąż krążą na ten temat nieaktualne
informacje.
Pęcznieje mi portfel - niestety nie od pieniędzy ale od wszelakiej maści kart.
Przegródki w torebce też jakoś pęcznieją -muszę mieć przy sobie: paszport,
polski Dowód Osobisty, berliński dowód zameldowania. i oczywiście smartfon,
bo niestety wciąż mi jest potrzebny tłumacz i nawigacja no i gdy nie jadę
samochodem to aplikacja do zakupienia biletów komunikacji miejskiej.
Dobrze, że nie muszę go używać by się dostać do toalety gdy jestem w mieście.
Bo jak dotychczas to obsługa smartfona ciągle u mnie kuleje, widać, że nie
mam w tym zakresie intuicji, bo ponoć obsługa jego jest intuicyjna.
Jak na razie mamy nadal w Berlinie mróz- środek dnia, słońce wariacko świeci
i jest -8 stopni mrozu i zimny, lodowaty wiaterek.
A ja tęsknię za Berlinem takim, jaki poznałam w czasie pierwszej tu bytności:
I tak jakoś mija spokojnie dzień za dniem. Powiedziałabym, że nawet nieco
nudnawo jest.
Trochę "emocji" czeka nas z operacją p.t. "przerejestrowanie samochodu".
Oprócz przerejestrowania na numery berlińskie musimy go tu ubezpieczyć.
Tu jakoś śmiesznie jest z tym przerejestrowaniem- rzecz zaczyna się od
przeprowadzenia badania technicznego w upoważnionej do tego stacji TUV.
To coś jak nasza stacja kontroli pojazdów. Z wydanym przez stację TUV
certyfikatem należy ubezpieczyć samochód i z tymi dwoma dokumentami
oraz z prawem jazdy, dotychczasowym dowodem rejestracyjnym , książeczką
pojazdu oraz dowodem zameldowania można się wybrać do Wydziału
Komunikacji by uzyskać nowe dokumenty. Okazało się, że dla samochodów
które dotychczas są zarejestrowane w innym niż Niemcy kraju, istnieje
oddzielny Wydział Komunikacji. Udało nam się mailowo "złapać" termin
rejestracji na drugą dekadę marca. W Wydziale Komunikacji potną na kawałki
dotychczasowy dowód rejestracyjny i wystawią nowy. A potem musimy sobie
pobrać ze strony internetowej naszego dotychczasowego Warszawskiego
Wydziału Komunikacji odpowiedni druk, wypełnić go , przesłać listem do
WK i.....finito!
Jak to dobrze, że jednak jesteśmy w UE, bo dzięki temu nie będziemy musieli
się w tym celu udawać do Warszawy.
Tak przy okazji przekonałam się, że w necie wciąż krążą na ten temat nieaktualne
informacje.
Pęcznieje mi portfel - niestety nie od pieniędzy ale od wszelakiej maści kart.
Przegródki w torebce też jakoś pęcznieją -muszę mieć przy sobie: paszport,
polski Dowód Osobisty, berliński dowód zameldowania. i oczywiście smartfon,
bo niestety wciąż mi jest potrzebny tłumacz i nawigacja no i gdy nie jadę
samochodem to aplikacja do zakupienia biletów komunikacji miejskiej.
Dobrze, że nie muszę go używać by się dostać do toalety gdy jestem w mieście.
Bo jak dotychczas to obsługa smartfona ciągle u mnie kuleje, widać, że nie
mam w tym zakresie intuicji, bo ponoć obsługa jego jest intuicyjna.
Jak na razie mamy nadal w Berlinie mróz- środek dnia, słońce wariacko świeci
i jest -8 stopni mrozu i zimny, lodowaty wiaterek.
A ja tęsknię za Berlinem takim, jaki poznałam w czasie pierwszej tu bytności:
niedziela, 25 lutego 2018
Taka sobie....
....wyliczanka.
Nie piszę, bo mnie boli ręka- prawa, a pisanie jedną ręką sprawia, że robię
błędy no i strasznie długo to trwa.
A ręka mnie boli, bo jestem sklerotyczką - zapomniałam, że pod koniec
pazdziernika naderwałam sobie prawy biceps i kilka dni temu podniosłam
zbyt ciężką siatkę.
W ramach ochrony ręki czytam. A tak dokładnie to czytam książkę Salmana
Rushdiego "Grimus".
Nie często sięgam po jego książki - do "Szatańskich wersetów"podchodziłam
kilka razy.
Za którymś kolejnym razem "zaskoczyłam" - z żalem skończyłam czytać.
Oczywiście nie mogę pojąć co tak rozwścieczyło islamistów, no ale tak
to jest gdy się pisze prawdę o religii. Bo co z tego, że to co napisał było
prawdą, skoro zostało wycofane, obalone, zakazane.
U nas z kolei wystarczy napisać o tym, że chrześcijaństwo ma swe korzenie
w innych, wcześniejszych wierzeniach i też się podpadnie.
Trochę ciężko mi się tego "Grimusa" czyta, bo trudno chwilami wejść
w tok myśli Rushdiego, przebić się przez ich natłok i niejaki chaos.
Nie mniej znów jestem pełna podziwu dla wyobrazni tego pisarza. Poza tym,
jak to u Rushdiego, mnóstwo tu zdań wielokrotnie złożonych, długich niczym
najdłuższa anakonda i dopóki nie wejdę w " kod" niektóre zdania muszę
najzwyczajniej w świecie dwa razy przeczytać, żeby się zupełnie nie zaplątać.
Przeczytałam już niemal połowę a nadal nie wiem co/ kto jest ten "Grimus".
A na półce już czeka następna książka tego pisarza, "Ziemia pod jej stopami".
I doczytam wreszcie Orhana Pamuka "Nowe życie". Zaczęłam ją czytać za
którymś pobytem w Berlinie i nie zdążyłam wtedy skończyć. Bo to też książka,
której nie da się przeczytać " ot tak". Za coś jednak Nobla dali;)
No i przyszła zima- bez śniegu, nocą jest nieco na minusie (-7) , ale za to dziś
jest słońce i gdyby nie było wiatru to byłoby całkiem miło. Ale nie jest.
Obejrzałam nieco Olimpiady i nie mam pojęcia po co nasi, poza skoczkami
narciarskimi, tam pojechali. Jak w przysłowiu- "szkoda czasu i atłasu".
Jak widzicie nic się u mnie ciekawego nie dzieje - "dzień podobny do dnia,
tydzień do tygodnia".
Miłej niedzieli wszystkim życzę;)
Nie piszę, bo mnie boli ręka- prawa, a pisanie jedną ręką sprawia, że robię
błędy no i strasznie długo to trwa.
A ręka mnie boli, bo jestem sklerotyczką - zapomniałam, że pod koniec
pazdziernika naderwałam sobie prawy biceps i kilka dni temu podniosłam
zbyt ciężką siatkę.
W ramach ochrony ręki czytam. A tak dokładnie to czytam książkę Salmana
Rushdiego "Grimus".
Nie często sięgam po jego książki - do "Szatańskich wersetów"podchodziłam
kilka razy.
Za którymś kolejnym razem "zaskoczyłam" - z żalem skończyłam czytać.
Oczywiście nie mogę pojąć co tak rozwścieczyło islamistów, no ale tak
to jest gdy się pisze prawdę o religii. Bo co z tego, że to co napisał było
prawdą, skoro zostało wycofane, obalone, zakazane.
U nas z kolei wystarczy napisać o tym, że chrześcijaństwo ma swe korzenie
w innych, wcześniejszych wierzeniach i też się podpadnie.
Trochę ciężko mi się tego "Grimusa" czyta, bo trudno chwilami wejść
w tok myśli Rushdiego, przebić się przez ich natłok i niejaki chaos.
Nie mniej znów jestem pełna podziwu dla wyobrazni tego pisarza. Poza tym,
jak to u Rushdiego, mnóstwo tu zdań wielokrotnie złożonych, długich niczym
najdłuższa anakonda i dopóki nie wejdę w " kod" niektóre zdania muszę
najzwyczajniej w świecie dwa razy przeczytać, żeby się zupełnie nie zaplątać.
Przeczytałam już niemal połowę a nadal nie wiem co/ kto jest ten "Grimus".
A na półce już czeka następna książka tego pisarza, "Ziemia pod jej stopami".
I doczytam wreszcie Orhana Pamuka "Nowe życie". Zaczęłam ją czytać za
którymś pobytem w Berlinie i nie zdążyłam wtedy skończyć. Bo to też książka,
której nie da się przeczytać " ot tak". Za coś jednak Nobla dali;)
No i przyszła zima- bez śniegu, nocą jest nieco na minusie (-7) , ale za to dziś
jest słońce i gdyby nie było wiatru to byłoby całkiem miło. Ale nie jest.
Obejrzałam nieco Olimpiady i nie mam pojęcia po co nasi, poza skoczkami
narciarskimi, tam pojechali. Jak w przysłowiu- "szkoda czasu i atłasu".
Jak widzicie nic się u mnie ciekawego nie dzieje - "dzień podobny do dnia,
tydzień do tygodnia".
Miłej niedzieli wszystkim życzę;)
poniedziałek, 19 lutego 2018
Króciutko....
żeby was nie zamęczyć.
Salon mercedesa, w którym w sobotę odbywała się impreza urodzinowa starszego
Krasnala to olbrzymi, trzypiętrowy budynek.
Po raz pierwszy byłam w tak olbrzymim salonie samochodowym. I po raz
pierwszy krążyłam pomiędzy przeróżnymi mercedesami.
Z przykrością muszę odnotować, że nie stać mnie na żadnego mercedesa.
Ale było kilka egzemplarzy, które mi się podobały.
Z ciekawością obejrzałam to wszystko, co się znajduje pod podłogą mercedesa
hybrydowego- po prostu podłoga jednego z egzemplarzy była przezroczysta i
można było wszystko spokojnie obejrzeć. Okrutnie "dużo się dzieje" pod taką
podłogą hybrydy. Oczy mi niemal wychodziły na wierzch a mózg się gubił
w domysłach "co jest czym"?
Na pierwszym piętrze owego budynku jest ten tor, na którym dzieciaki mogą
się wyżywać na elektrycznych samochodzikach.
Salon ten jest otwarty od "świtu do nocy" i pełno było w nim ludzi - jak
widać jest to sposób na spędzenie dnia wolnego od pracy.
Samochodów do obejrzenia jest multum, do każdego można wsiąść, przymierzyć
się do kierownicy, zamknąć oczy i pomarzyć.
Pomarzyć, że właśnie się zaraz zakupi mercedesa E-klasy, za te drobne 102
tysiące euro.
No bo przecież nie kupi się tego najtańszego, za 21 tysięcy euro.
A jak się już człowiek zmęczy tym przymierzaniem swej osoby do samochodu
to może się wzmocnić w kawiarni kawusią lub odchudzającą sałatką z zieleniny
i łososia, polaną odchudzającym jogurtem i posypaną owockami granatu.
I taki salon samochodowy to najlepsza reklama produktu.
Tort urodzinowy córka zrobiła tym razem sama - był z trójkolorowego ciasta,
trzy piętrowy, ze śnieżnobiałą polewą, z błękitnymi zdobieniami a po jego
rozkrojeniu z wnętrza wysypywały się drobne cukierki- u nas znane jako
"lentilky", kupowane niegdyś u braci Czechów.
Tu mają inną nazwę, dla mnie nie do wymówienia i nie do napisania;)
W sumie byliśmy tam od godziny 15,15 do niemal 19,00.
Wśród gości była tylko jedna dziewczynka, bardzo rezolutna osóbka.
I wcale te dzieci nie wrzeszczały, zachowywały się kulturalnie.
A na koniec każde z nich otrzymało "prawo jazdy na mercedesa"- taką
miniaturę prawdziwego prawa jazdy, ze zdjęciem i danymi osobowymi.
.
Salon mercedesa, w którym w sobotę odbywała się impreza urodzinowa starszego
Krasnala to olbrzymi, trzypiętrowy budynek.
Po raz pierwszy byłam w tak olbrzymim salonie samochodowym. I po raz
pierwszy krążyłam pomiędzy przeróżnymi mercedesami.
Z przykrością muszę odnotować, że nie stać mnie na żadnego mercedesa.
Ale było kilka egzemplarzy, które mi się podobały.
Z ciekawością obejrzałam to wszystko, co się znajduje pod podłogą mercedesa
hybrydowego- po prostu podłoga jednego z egzemplarzy była przezroczysta i
można było wszystko spokojnie obejrzeć. Okrutnie "dużo się dzieje" pod taką
podłogą hybrydy. Oczy mi niemal wychodziły na wierzch a mózg się gubił
w domysłach "co jest czym"?
Na pierwszym piętrze owego budynku jest ten tor, na którym dzieciaki mogą
się wyżywać na elektrycznych samochodzikach.
Salon ten jest otwarty od "świtu do nocy" i pełno było w nim ludzi - jak
widać jest to sposób na spędzenie dnia wolnego od pracy.
Samochodów do obejrzenia jest multum, do każdego można wsiąść, przymierzyć
się do kierownicy, zamknąć oczy i pomarzyć.
Pomarzyć, że właśnie się zaraz zakupi mercedesa E-klasy, za te drobne 102
tysiące euro.
No bo przecież nie kupi się tego najtańszego, za 21 tysięcy euro.
A jak się już człowiek zmęczy tym przymierzaniem swej osoby do samochodu
to może się wzmocnić w kawiarni kawusią lub odchudzającą sałatką z zieleniny
i łososia, polaną odchudzającym jogurtem i posypaną owockami granatu.
I taki salon samochodowy to najlepsza reklama produktu.
Tort urodzinowy córka zrobiła tym razem sama - był z trójkolorowego ciasta,
trzy piętrowy, ze śnieżnobiałą polewą, z błękitnymi zdobieniami a po jego
rozkrojeniu z wnętrza wysypywały się drobne cukierki- u nas znane jako
"lentilky", kupowane niegdyś u braci Czechów.
Tu mają inną nazwę, dla mnie nie do wymówienia i nie do napisania;)
W sumie byliśmy tam od godziny 15,15 do niemal 19,00.
Wśród gości była tylko jedna dziewczynka, bardzo rezolutna osóbka.
I wcale te dzieci nie wrzeszczały, zachowywały się kulturalnie.
A na koniec każde z nich otrzymało "prawo jazdy na mercedesa"- taką
miniaturę prawdziwego prawa jazdy, ze zdjęciem i danymi osobowymi.
.
piątek, 16 lutego 2018
Znowu piątek
W "najczarniejszych" snach nie podejrzewałam, że i tu zacznę ze dziwieniem
odnotowywać, że znów jest piątek, a pozostałe dni gdzieś przeleciały pędem,
zlewając się w jedną całość.
Jutro młodszy Krasnal kończy siedem lat i wraz ze swymi koleżankami i
kolegami będą się bawić w Centrum Mercedesa.
Obydwa Krasnale mają bardzo zajęty ten weekend- jutro starszy musi wpierw
być na urodzinach swego kolegi, stamtąd zostanie dowieziony na urodziny brata,
a młodszy Krasnal jutro świętuje swoje urodziny a dzień pózniej urodziny swego
kolegi.
Na szczęście tu nikt nie organizuje tych imprez we własnym domu -zajmują się
tym wyspecjalizowane firmy. Organizują całe przyjęcie i program rozrywkowy
dostosowany do wieku i zainteresowań dzieci.
Rodzice jubilata dostarczają tylko dziecko i...tort. A sami albo znikają na
najbliższe trzy godziny albo siedzą w kawiarni z rodzicami gości jubilata.
Młodszy Krasnal już na początku listopada przekazał rodzicom gdzie chciałby
się bawić razem ze swymi gośćmi. Padło na Centrum Mercedesa, gdzie
niewątpliwą atrakcją jest możliwość jazdy elektrycznymi samochodami po
specjalnym torze. Oczywiście pod troskliwym okiem instruktorów.
Z tego co wiem to jest tam również ściana do wspinaczki.
A młodszy Krasnal, który w tym roku nie chce chodzić na pływalnię, a jakiś
sport uprawiać musi, wybrał właśnie treningi wspinaczkowe.
Nie udało nam się dowiedzieć czemu dziecię w tym roku nie chce jezdzić ze
szkołą na basen, no ale tu nie ma zwyczaju zmuszania dzieci do czegoś czego
nie chcą robić i dziecko może sobie samo wybrać sport, który będzie uprawiać.
Młodszy dobrze pływa, w lecie już nawet opanował sztukę nurkowania
więc może się nieco nudził na basenie. Rodzice zaproponowali mu wpierw
kurs taekewondo ale dziecku nie spodobały się pierwsze ćwiczenia i po
drugiej wizycie na kursie - zrezygnował.
Wybrał wspinaczki "skałkowe" a idzie mu ta zabawa na tyle dobrze, że już został
przeniesiony do grupy bardziej zaawansowanej.
Starszy natomiast został przyjęty do klubu sportowego do sekcji pływackiej i
raz w tygodniu ma treningi. W sekcji jest kilku trenerów, jeden trener ma
pod opiekę 4 do 5 dzieci.
Ale, jak wiadomo, nie ma róży bez kolców, więc żeby było ciekawiej obaj
mają te swoje treningi w jednym dniu, o zbliżonej porze i oczywiście w dwóch
zupełnie różnych miejscach.
W związku z tym my obsługujemy starszego Krasnala, bo na basen odwozimy
go zaraz po szkole, potem wytracamy gdzieś w okolicy 1,5 godziny i zabieramy
z basenu do domu.
Młodszego na wspinaczki dostarcza i odbiera z nich któreś z rodziców.
Zawsze uważałam, że małżeństwo to instytucja, która ma zbyt mało pracowników.
Najważniejsze, że jak na razie zimy nie ma.
Dziś świeciło nam pięknie słońce, a gdyby do tego nie było wiatru, to byłoby
już niemal wiosennie.
Gdyby mnie jeszcze tak od czasu do czasu bardzo dziwnie nie bolało z okazji
półpaśca, to byłabym niemal szczęśliwa. To taki dziwny, kłujący ból. Ale nie da
się ukryć, że wysypka mi znika i mnie niemal już nie swędzi.
A my jutro też jedziemy do tegoż centrum mercedesa- przecież trzeba dziecku
złożyć życzenia urodzinowe i dostarczyć tort urodzinowy.
Poza tym mały uznał, że będzie to dla nas niebywała atrakcja i nie możemy się
tam nie pokazać.
Poniżej jest fragment tego "toru"
i nawet jeden z samochodzików
Nie wiem czy będę jutro robiła zdjęcia, bo mi padła karta w aparacie a
skleroza uniemożliwiła mi zakup nowej gdy byłam w Saturnie.
Poza tym nie wolno fotografować dzieci i wrzucać fotki na blog, bo żyjemy
w chorych czasach.
Ale mercedesik fotogeniczny, prawda?
odnotowywać, że znów jest piątek, a pozostałe dni gdzieś przeleciały pędem,
zlewając się w jedną całość.
Jutro młodszy Krasnal kończy siedem lat i wraz ze swymi koleżankami i
kolegami będą się bawić w Centrum Mercedesa.
Obydwa Krasnale mają bardzo zajęty ten weekend- jutro starszy musi wpierw
być na urodzinach swego kolegi, stamtąd zostanie dowieziony na urodziny brata,
a młodszy Krasnal jutro świętuje swoje urodziny a dzień pózniej urodziny swego
kolegi.
Na szczęście tu nikt nie organizuje tych imprez we własnym domu -zajmują się
tym wyspecjalizowane firmy. Organizują całe przyjęcie i program rozrywkowy
dostosowany do wieku i zainteresowań dzieci.
Rodzice jubilata dostarczają tylko dziecko i...tort. A sami albo znikają na
najbliższe trzy godziny albo siedzą w kawiarni z rodzicami gości jubilata.
Młodszy Krasnal już na początku listopada przekazał rodzicom gdzie chciałby
się bawić razem ze swymi gośćmi. Padło na Centrum Mercedesa, gdzie
niewątpliwą atrakcją jest możliwość jazdy elektrycznymi samochodami po
specjalnym torze. Oczywiście pod troskliwym okiem instruktorów.
Z tego co wiem to jest tam również ściana do wspinaczki.
A młodszy Krasnal, który w tym roku nie chce chodzić na pływalnię, a jakiś
sport uprawiać musi, wybrał właśnie treningi wspinaczkowe.
Nie udało nam się dowiedzieć czemu dziecię w tym roku nie chce jezdzić ze
szkołą na basen, no ale tu nie ma zwyczaju zmuszania dzieci do czegoś czego
nie chcą robić i dziecko może sobie samo wybrać sport, który będzie uprawiać.
Młodszy dobrze pływa, w lecie już nawet opanował sztukę nurkowania
więc może się nieco nudził na basenie. Rodzice zaproponowali mu wpierw
kurs taekewondo ale dziecku nie spodobały się pierwsze ćwiczenia i po
drugiej wizycie na kursie - zrezygnował.
Wybrał wspinaczki "skałkowe" a idzie mu ta zabawa na tyle dobrze, że już został
przeniesiony do grupy bardziej zaawansowanej.
Starszy natomiast został przyjęty do klubu sportowego do sekcji pływackiej i
raz w tygodniu ma treningi. W sekcji jest kilku trenerów, jeden trener ma
pod opiekę 4 do 5 dzieci.
Ale, jak wiadomo, nie ma róży bez kolców, więc żeby było ciekawiej obaj
mają te swoje treningi w jednym dniu, o zbliżonej porze i oczywiście w dwóch
zupełnie różnych miejscach.
W związku z tym my obsługujemy starszego Krasnala, bo na basen odwozimy
go zaraz po szkole, potem wytracamy gdzieś w okolicy 1,5 godziny i zabieramy
z basenu do domu.
Młodszego na wspinaczki dostarcza i odbiera z nich któreś z rodziców.
Zawsze uważałam, że małżeństwo to instytucja, która ma zbyt mało pracowników.
Najważniejsze, że jak na razie zimy nie ma.
Dziś świeciło nam pięknie słońce, a gdyby do tego nie było wiatru, to byłoby
już niemal wiosennie.
Gdyby mnie jeszcze tak od czasu do czasu bardzo dziwnie nie bolało z okazji
półpaśca, to byłabym niemal szczęśliwa. To taki dziwny, kłujący ból. Ale nie da
się ukryć, że wysypka mi znika i mnie niemal już nie swędzi.
A my jutro też jedziemy do tegoż centrum mercedesa- przecież trzeba dziecku
złożyć życzenia urodzinowe i dostarczyć tort urodzinowy.
Poza tym mały uznał, że będzie to dla nas niebywała atrakcja i nie możemy się
tam nie pokazać.
Poniżej jest fragment tego "toru"
i nawet jeden z samochodzików
Nie wiem czy będę jutro robiła zdjęcia, bo mi padła karta w aparacie a
skleroza uniemożliwiła mi zakup nowej gdy byłam w Saturnie.
Poza tym nie wolno fotografować dzieci i wrzucać fotki na blog, bo żyjemy
w chorych czasach.
Ale mercedesik fotogeniczny, prawda?
Subskrybuj:
Posty (Atom)




