drewniana rzezba

drewniana rzezba

wtorek, 3 kwietnia 2012

289. Opowiem Wam.....

....nie bajkę , a prawdziwą historię. To zdarzyło się naprawdę na samym
początku lat siedemdziesiątych ub.wieku.
Pracowałam wtedy w firmie, której część pracowników była w wiecznych
rozjazdach zagranicznych lub wręcz tkwiła miesiącami na placówkach.
I zdarzało się tak, że pracując w jednej firmie ludzie się nie znali wcale.
Ale raz na jakiś czas zdarzały się spotkania wszystkich, którzy aktualnie
byli w  pracy.
I właśnie na takim spotkaniu byłam świadkiem  "miłości od pierwszego
spojrzenia".
A było to tak: jak zwykle wpadłam ostatnia, bo mi się jakiś interesant
napatoczył tuż przed 16-tą i wszyscy już spokojnie sączyli kawę i jakieś
napoje.Zakotwiczyłam obok kolegi, który przyjechał na urlop do Polski.
W trakcie urlopu miał być jego ślub, na który niemal wszyscy byliśmy
zaproszeni. Siedzę obok niego, a on, siedzi i wgapia się intensywnie w
drugi koniec salki i milczy jak zaklęty. A do milczków nigdy nie należał,
raczej do tych  co zawsze dużo mają do powiedzenia tym, co siedzą obok.
Trochę mnie to zaintrygowało, ale właśnie wtedy Witek zadał pytanie -
 "co to za ciemnowłosa dziewczyna siedzi obok Franka, nie znam jej?".
 To Boguśka, pracuje od 4 miesięcy - odpowiadam zgodnie z prawdą. 
Witek nadal wgapiał się w "nową", a jego spojrzenie było coraz inten-
sywniejsze. Miałam wrażenie, że tworzyło taśmę, pomiędzy nim a Boguśką.
Podoba Ci się ? ni to zapytałam, ni stwierdziłam.
Witek spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem i szepnął mi do ucha-
"To nie to, ja ją kocham". Rozbawił mnie tym ogromnie, zawsze lubił
żartować.
Spotkanie się skończyło, czym prędzej wyszłam bo musiałam jeszcze
popracować.
Na drugi dzień wpada do mojego pokoju Boguśka, wyciąga mnie na
korytarz i pyta co to za facet siedział obok mnie. Więc mówię, kto,
padają dalsze pytania, w końcu mówię dziewczynie, że właśnie za 3
tygodnie  się żeni." No to nie klawo - wyjęczała Bogusia, bo ja chyba
się w nim zakochałam."
Za dwa dni wpadł do pracy Witek i wszystkim zaproszonym na ślub
przekazał informację, że ślub  będzie nie w niedzielę jak opiewały
zaproszenia, a  trzy dni pózniej.
Oczywiście nowych zaproszeń nie dawał, opóznienie  tłumaczył
jakimiś perturbacjami rodzinnymi.
To był koniec maja, więc  jak co roku byłam zarobiona po uszy, i
czas do Witkowego ślubu szybko mi minął. Nawet nie zauważyłam,
że Bogusia  złożyła wymówienie. To był kłopot dla branżystów, nie
dla mnie.
Właściwie chyba nikt z nas nie znał narzeczonej Witka.Nikt jej nie
widział, tylko coś  kiedyś Witek lapnął, że jest  wysoką blondynką.
W bocznej nawie kościoła stał Witek z mocno zawoalowaną
ciemnowłosą dziewczyną. Do ołtarza poszli bocznym przejściem,
a nie środkiem.
Gdy oblubieńcy stanęli bokiem  do zgromadzonych, zrobił się mały
szumek. A gdy wreszcie Witek odsunął gęsty welon, rozległy się
całkiem głośne szepty :  "o rany, to chyba ta nowa!"
I to właśnie była  "ta nowa". Szczegółów dowiedziałam się póżniej,
na  obiedzie dla rodziny i spec-gości.
Witek naprawdę zakochał się w Bogusi od chwili, gdy tylko ją
zobaczył. Tego samego dnia wieczorem zerwał z narzeczoną,
zwrócił jej pieniądze za poniesione wydatki i przeprosił za zawód.
Następnego dnia "upolował" Bogusię gdy wychodziła z pracy,
wręczył świeżo zakupiony pierścionek i poprosił o rękę i szybki
ślub. Bogusia w kilka godzin zgromadziła potrzebne dokumenty, a
Witek swoimi kanałami załatwił  ślub cywilny i kościelny. Rodzice
Bogusi byli przeciwni, choć nie wiedzieli, że młodzi znają się
kilka dni. zaledwie.Rodzice Witka  w pierwszej  chwili odmówili
przyjścia na ślub, w końcu jednak przyszli.
A my wszyscy słuchaliśmy tego wszystkiego z rozdziawionymi
buziami i wytrzeszczonymi oczyma.
Zaraz po ślubie Witek wrócił na placówkę, już razem z żoną.
I do dziś są bardzo zgodnym i dobrym małżeństwem,  mają dwoje
już dorosłych dzieci.
I jak tu nie wierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia?

niedziela, 1 kwietnia 2012

288. Nowe szaleństwo

Dalej brnę w te szafiry. Tym razem bransoletka haftowana koralikami.
Dodałam nieco przydymionych perłowych koralików, by podkreślić
obecność tych okrągłych kaboszonów, które utonęłyby wizualnie
w tym szafirowym tle.
A bransoletka wygląda tak:
                                                  ****
Przed chwilą  śniegiem poprószyło, teraz słońce wyjrzało, no cóż -
przecież kwiecień się  zaczyna.
Uprzejmie donoszę , że serwety przybywa, pomału, pomału, ale
do przodu się praca posuwa.
                                                  ****
Mam prośbę do wszystkich zaglądających tu pań -  róbcie co roku
mammografię, by uchwycić jak najmniejszą zmianę. Koniecznie.
Właśnie w minionym tygodniu u mojej przyjaciółki wykryto małą,
ale złośliwą zmianę. W ubiegłym roku wszystko było dobrze,
nic się nie działo, a teraz jest złośliwe maleństwo, co wykazała
biopsja.
A lekarz złożył Jej gratulacje, że była czujna i dzięki temu ten Obcy
jest jeszcze tak mały.
Pamiętajcie o tym, że w Polsce co 16 kobieta  zachoruje na raka
piersi. Tak niestety wygląda nasza babska rzeczywistość.
I nie łudzcie się, że chronią przed tym ciąże, naturalne porody
i karmienie piersią.
To tylko bajki.  Rzeczywistość jest inna.

piątek, 30 marca 2012

287. Ff.....czyli

Fascynujący faceci to przekleństwo mego życia - stwierdziła  Iga siadając
u mnie na kanapie.
Nie widziałyśmy się  kilka lat, więc ukradkiem popatrywałam na nią,
sprawdzając co się w jej wyglądzie zmieniło. Niewątpliwie było jej więcej,
włosy zmieniły kolor na pszeniczny blond, ale oczy jak zwykle siały
miodowe błyski.
To znaczy? - zapytałam uprzejmie.
To znaczy, że wszyscy faceci są do dupy- stwierdziła autorytatywnie.
Przynajmniej ci moi.
Zastanowiłam się przez moment ilu ich było, ja wiedziałam tylko o dwóch-
"genialnym rzezbiarzu " i  "genialnym  malarzu".
"Genialny rzezbiarz" tkwił w jej życiu  aż 5 lat.
Naprawdę nie widziałam w tym człowieku nic fascynującego. Bardzo
szybko namówił Igę na małżeństwo, wprowadzając się do jej mieszkania.
A poderwał ją banalnym zdaniem: "ma pani takie posągowe kształty,
marzę by panią rzezbić". Fakt, Iga  zaiste miała posągowe kształty -
180 cm wzrostu, wagę oscylującą pomiędzy 90 a 100 kg, w tym ze
30 kg kompleksów, że jest brzydka, niezgrabna, za duża.
Niestety "genialny rzezbiarz"  nie otrzymywał żadnych zamówień na rzezby,
nie raczył znalezć innej pracy, do szczęścia wystarczało mu piwko i
to co zarabiała Iga. Posągu Igi też nie zrobił, w kącie pokoju stał
niewielki, niedokończony model, nawet nie wiem z czego ulepiony.
Gdy Iga zaszła w ciążę i poinformowała swego genialnego męża o tym
fakcie, ten  spakował walizkę- jedną, bo więcej majątku nie miał-  i
powędrował w siną dal, zupełnie jak kochaś  z pewnej piosenki.
Iga  urodziła dziecko, załatwiła rozwód i alimenty. O ile pamiętam
chyba nigdy nic nie dostała od tego "genialnego" drania. Żyła sama
z dzieckiem, tatuś  nie interesował się dzieckiem zupełnie.
Gdy dziecko miało z 10 lat, Iga znów spotkała "fascynującego faceta".
Ten był "genialnym malarzem" - w krótkim czasie pomieszkiwał
po kilka dni u Igi,  porobił całe mnóstwo jej i dziecka portretów,
na których była a to Junoną, a to Dianą lub po prostu  nagą Igą.
Iga promieniała, aż któregoś dnia, gdy wróciła dzień wcześniej
z zagranicznej delegacji, zastała swego genialnego malarza w jedno-
znacznej sytuacji z jakąś "modelką". Temu geniuszowi to Iga sama
spakowała ciuchy i wystawiła je na klatkę schodową. W ślad za
ciuchami powędrował malarz i modelka. Malarz wyszedł z domu
w slipkach, bo Iga spakowała mu do walizki spodnie. Iga znów
została sama - sama, bo dziecko przebywało u jej mamy. Iga zbyt
dużo jezdziła w zagraniczne delegacje a dziecko nie mogło być
samo w domu.
Jeden z naszych kolegów, spokojny facet, bez nałogów, łagodny  i
poważny,  bardzo  zainteresował się  Igą.  Myślałyśmy, że ona, po
takich doświadczeniach z "geniuszami", doceni jego walory. Nic
z tego, Iga nazywała go poczciwym nudziarzem i nie była nim
zupełnie zainteresowana. Twierdziła, że już nigdy więcej  facetów-
żadnych, ani genialnych ani porządnych.
Do czasu - tym razem na jej drodze stanął  muzyk. Na szczęście mniej
genialny, ale nie ma róży bez kolców. Oczywiście był  bez pracy i
mieszkania, i duużo młodszy od Igi ale "cudownie" grał  na skrzypcach.
I miał takie piękne oczy, duże, czarne, smutne, w oprawie długich,
czarnych rzęs - tak go opisała Iga.
Ten też zamieszkał wkrótce u Igi. Tkwił nawet dość długo u niej, ale
pewnego dnia spotkał któregoś z kolegów,  który  montował zespół
muzyków. Nie miał to być zespół kameralny, ale zespół przygrywający
"do kotleta". I wszystko było dobrze, ale kontrakt był nagrany nie w
Polsce, tylko gdzieś   "w świecie".  I tym sposobem kolejny "geniusz"
zniknął  z życia Igi.
I co dalej?- zapytałam. "Nic - do trzech razy sztuka."
Ciekawa jestem jak długo Iga wytrzyma bez "geniusza" przy sobie.

poniedziałek, 26 marca 2012

286. Monochromatycznie

Wszystko na szafirowo - szklane kaboszony szafirowe, oprawione w koraliki
transparentne szafirowe i tęczowe-też szafirowe.
Sznur wypleciony splotem siatkowym. A całe to szafirowe wariactwo wygląda
tak:

Coś mi szwankuje, ale nie wiem co.Albo Blogger albo komputer.
No to chyba ja zastrajkuję, teraz mnie wyskakuje błąd nr 503.
Wrócę , jak się ten sprzęt uspokoi.

sobota, 24 marca 2012

285. Weekendowy mix

Wczoraj miałam  sprawozdanie o nowych umiejętnościach moich słodkich
wnuczków. Młodszy, czyli roczniak, posiadł umiejętność samodzielnego
chodzenia. Poza tym dzieciak ma coś ze swego dziadka-taternika, bo
wspina się na każdy mebel więc wysokie krzesełka do karmienia już
zlikwidowano.
Raz był już  wyławiany z muszli, w której mu nóżka wylądowała. Poza
tym wspina się na fotel Starszego, ale ponieważ już "załapał", że jest to
fotel przeznaczony do czytania, to wpierw idzie po swoją książeczkę,
a potem wdrapuje się na fotel.
Starszy był z przedszkolem na wycieczce w akwarium - spytany o
wrażenia powiedział: wpierw jechaliśmy autobusem nr58, potem drugim
nr 32, ale tylko dwa przystanki. Na to samo pytanie, jego przyjaciel
Maxim, odpowiedział: było pyszne drugie śniadanie.
Poza tym dzieci dostały zadanie domowe - miały podyktować w domu
list do Zajączka, temat dowolny.
Nasz słodziak opisał wizytę w akwarium: z opisu wynikało, że ugryzł
go rekin, rączka była czerwona a w końcu on ugryzł rekina i
"całkowicie" go zjadł. Każde zdanie zaczynało się od słowa "potem".
Gdy mi córka czytała dzieło Starszego, to się popłakałam ze śmiechu.
                                                 ****
Pogoda ładna, święta jakieś niedługo, więc postanowiłam  dziś umyć
okna. Więc : wpierw zrobiłam kolejne kwadraty do serwety, poukła-
dałam  w pudełkach nowe koraliki, podumałam nad zaczętymi
kilkoma projektami i w pewnej chwili zapaliła mi się w głowie
żaróweczka, zupełnie jak pomysłowemu Dobromirowi -zobaczyłam
w wyobrazni nowy naszyjnik - lekko opalizujące szklane kaboszony
w kolorze kobaltowo - szafirowym, oplecione szafirowymi koralikami
toho. Cztery oplotłam na podkładzie, piąty robi za  wisior  i  jest
opleciony bez podkładu. Jeszcze tylko uplotę sznur  i będzie
gotowe. Wtedy  "obfocę".  Niestety, okna nie załapały się na mycie.
Ciężki żywot okien u mnie.
                                                  ****
Odwiedziłam wczoraj Centrum Profilaktyki Nowotworowej. Byłam
zachwycona, bo na wizytę czekałam zaledwie 2 dni a sam budynek
wewnątrz wyjątkowo przyjazny, personel też. Owo Centrum
znajduje się obok Centrum Onkologii na Ursynowie. Umówiona
byłam  między godz. 11,15 a 12,15 i nie czekałam nawet 5 minut.
Byłam jedyną pacjentką ,co bardzo mnie zdziwiło.
Okazuje się, że niestety Polacy zupełnie nie dbają o profilaktykę.
Wiele pań uważa, że skoro nic nie boli to wszystko jest w porządku.
A znakomita większość nie idzie na badania, które zresztą są bezpłatne,
bo, cytuję  : "jeszcze mi coś wynajdą." Na takie  dictum to tylko ręce
opadają.  Nic dodać, nic ująć.
I nic dziwnego, że studenci medycyny z bardziej cywilizowanych
stron przyjeżdżają do nas  by obejrzeć mocno zaawansowane
postacie nowotworu.
Smutne to , choć nieco zabawne w świetle tego co Polacy myślą
sami o sobie.

środa, 21 marca 2012

284. Zobaczcie co dostałam

Wczoraj dostałam coś, co mnie niezmiernie uradowało. Otóż w liście
od Eli otrzymałam.....tomik poezji.
Ale jest dla mnie niezwykły, bo to wiersze naszej koleżanki blogowej,
Eli Żukrowskiej. Ela prowadzi na  Bloggerze dwa blogi: "Myślę sobie"
oraz "Druty rozgrzane do białości". Obydwa są w moich linkach. Poza
tym można Elę znalezć na FB, tyle tylko, że ja ta mnie bywam.
A teraz popatrzcie: tomik wygląda tak:

Ela napisała mi również dedykację:
Ponadto tomik zawiera fotografie obrazów malowanych przez siostrę Eli,
panią Hannę Moczydłowską-Wilińską.

Ten duet stwarza, że jest nad czym się zadumać i na co popatrzeć.
A dopóki nie kupicie tego tomiku wierszy,  zajrzyjcie na
:www.czas-i-ja.blogspot.com 

poniedziałek, 19 marca 2012

283. Zaczęłam.....

robić dużą  serwetę na stolik. No a skoro mam zielono w głowie to i
serweta zielona, taka bardziej wiosenna.
Jak na razie to mam gotowe dopiero dwa kwadraty, jeszcze tylko 38
i serweta będzie gotowa. Potem tylko ją "zblokuję" i będzie koniec.




Postanowiłam dzielić czas pomiędzy koraliki i szydełko, bo po kilku
godzinach "koralikowania"  bolą mnie oczy. A do szydełkowania nie
muszę nawet zmieniać szkieł, wystarczają te, które noszę stale. Wzór
prosty, tylko łączenie kwadracików wymaga nieco uwagi - dla
niewtajemniczonych-  kwadraty łączy się przy robieniu ostatniego rzędu.
Nie jestem tylko zadowolona zbytnio z tej bawełny - jest produkcji
rodzimej, Interfoxu  i daleko jej gatunkowo do bawełny tureckiej.
Ale w pobliskiej pasmanterii  istna posucha, z trudem udało mi się kupić
40 dag w tym kolorze. Następnym razem kupię na internecie.
Gdy skończę, to pokażę całość.
A wczoraj zrobiłam ponure odkrycie - mam do skończenia haft płaski,
czyli  bieżnik we fiołki. Połowę już zrobiłam, już tylko połowa do
skończenia. No i trzeba obrębić i koronkę doszyć. Czarno to widzę.