........w oczekiwaniu. W niedzielny wieczór dotarł do nas mail z gimnazjum Starszego, że uczniowie klasy równoległej muszą pozostać od 29 bm na kwarantannie. Jak na razie Starszy był wczoraj i dziś w szkole, co dalej to jeszcze nie wiem. Córka stwierdziła, że ze względów bezpieczeństwa Starszy nie będzie do mnie w tym tygodniu przychodził na obiady w dni, w których nie je w szkolnej kantynie. W związku z tym, że miał jeść u mnie dziś i jutro przeszłam na "zdalne dożywianie" - przygotowałam obiady na dwa dni i podrzuciłam im do domu gdy nikogo w nim nie było.
A Młody ( nie mogę mówić na niego "młodszy" bo to go obraża) zrobił "prototyp" polskiego samochodu elektrycznego, oto on:
No a że nie jeździ- nie szkodzi. Przecież wszystko to co w Polsce ma latać, pływać lub jeździć i być wyprodukowane w ramach projektu obecnego rządu też nie działa, a wszyscy są zachwyceni. Więc i ja się zachwyciłam prototypem zrobionym przez 9-latka z opakowania po jajkach i rolek , na których były ręczniki kuchenne. To "coś białego" w tylnym kole to.....guma do żucia, jeszcze nie używana. W przednim też była, ale gdzieś zniknęła, zapewne w buzi Młodego.
Doszliśmy do wniosku, że przez tę zarazę to nawet nie można zaplanować zbliżających się ferii "wykopkowych", bo chociaż wg wielu osób żadnej infekcji nie ma to jakimś dziwnym trafem znów jest więcej zachorowań. A może ludzie tylko symulują wysoką gorączkę i trudności w oddychaniu? Albo marzeniem ich życia jest znalezienie się pod respiratorem więc symulują???
Jadę się jutro zaszczepić p. grypie - bo osobiście szczepię się p. grypie od 1990r.- zawsze tylko szczepionką Vaxigrip.
Chcę Wam dziś przedstawić niezwykłego człowieka : to niemiecko - irański kompozytor, urodzony w 1981 roku w Teheranie Arash Safaian, jest synem irańskiego malarza i rzeźbiarza Ali Akbar Safaiana.
Od najmłodszych lat uczył się muzyki, poza tym ogromnie dużo rysował i malował, co w 17 roku jego życia zaowocowało nagrodą Bawarskiego Biennale Sztuki Młodzieży. Po ukończeniu szkoły studiował malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Norymberdze, a po jej ukończeniu rozpoczął studia kompozytorskie na Uniwersytecie Muzyki i Teatrologii w Monachium. W 2010 roku założył Zespół Muzyki Współczesnej i Sztuk Wizualnych.
Komponuje muzykę do filmów, do różnych przedstawień, skomponował również mini operę. Zastanawiał się jaką muzykę komponowali by tak wielcy muzycy jak Bach czy też Beethoven, gdyby żyli dziś. I w ramach tych rozmyślań powstały kompozycje, które Wam dziś przedstawiam:
I jak się Wam te kompozycje Arasha Safaiana podobają? Moi wnukowie mają już zakupione na Amazonie płyty z jego kompozycjami i b. chętnie tej muzyki słuchają. Dziś i ja chętnie jej posłuchałam.
........z gatunku "siedź na tyłku w domu".10 stopni ciepła, co jakiś czas pada, ale nie leje. No to już wiadomo, że pływania motorówką nie będzie. Mój plan zastępczy na dziś to sprzątanie a potem szydełkowanie - doszłam do wniosku, że w tym roku muszę zmienić kolor czapek, czyli zrobić jedną nową, w odkrywczym kolorze bardzo ciemnego turkusu. Mam nawet taką włóczkę. A sprzątanie i szydełkowanie - jak zwykle przy muzyce.
Na początek coś dla...Iwony Zmyślonej www.iwonazmyslona.blogspot.com. Iwona lubi walce- słuchać oraz oglądać, a więc proszę:
Sprzątać będę słuchając muzyki hiszpańskiej: A wieczorem posłucham Paganiniego:
........tak spokojnie, zwyczajnie, a na termometrze już tylko 15 stopni.
I zapewne nasze plany "motorówkowe" spełzną na niczym. A ja specjalnie na tę okazję zrobiłam sobie muszelkowy naszyjnik. Muszelki przeleżały się u mnie kilka lat, bo ciągle nie miałam pomysłu na ich "zagospodarowanie". W końcu pomyślałam, że jak nie teraz to pewnie już nigdy go nie zrobię i wymodziłam taki oto naszyjnik:
No ale widać, że w sobotę i niedzielę raczej nie będzie lepiej pogodowo. Wyraźnie jesień już dopomina się o gościnę u nas - taki mam dziś widok z balkonu:
Ogólnie jeszcze dość zielono, ale coraz bardziej wyblakła ta zieleń a niektóre liście już bardzo złociste się robią. Dęby czerwone, które rosną mi tuż obok domu, zaścielają wciąż chodnik żołędziami. Większość z nich spadła jeszcze w stanie zielonym, bo broniąc się przed skutkami suszy dęby zrzucały żołędzie nim te dojrzały, a platany już w czerwcu zrzucały liście. I to całkiem zielone.
A w następną sobotę, 3 października mamy święto - Dzień Zjednoczenia Niemiec, czyli "po ichniemu" Tag der Deutschen Einhait. To już 30 lat odkąd Niemcy są znów jednym krajem. I jak każda rocznica ta też prowokuje polityków i dziennikarzy do analiz. Oceniono, że proces "nadganiania" w sferze gospodarczej i socjalnej postępuje wolno. Średnia wynagrodzeń na terenach byłego NRD odpowiada 85% średniej wynagrodzeń w krajach związkowych. Przyczyną jest mniejsza gęstość zaludnienia tych terenów, mniejsze znaczenie aglomeracji miejskich, przewaga terenów wiejskich.
Według przeprowadzonych ankiet wśród mieszkańców tamtych terenów 78% badanych popiera ustrój demokratyczny, w krajach związkowych 91 % ankietowanych uważa taki ustrój za najlepszy. Co ciekawe tylko 64% mieszkańców tych terenów czuje się Niemcami, w części związkowej jest to 80%. Nie mniej 9 na 10 osób uważa zjednoczenie Niemiec za udane. Wiele osób z terenu byłego NRD nadal się czuje obywatelami II kategorii, 62 % mieszkańców tamtych terenów uważa za niesprawiedliwy fakt, że płace u nich są niższe, w krajach związkowych zgadza się z tą oceną tylko 32%.
Zadowolenie z jakości życia wyraża 83% mieszkańców terenów byłego NRD, w krajach związkowych zadowolonych z życia jest 91% obywateli.
I choć może nie jest tam całkiem "różowo" to 61% ankietowanych na terenie byłego NRD ocenia, że po Zjednoczeniu Niemiec żyje im się znacznie lepiej.
Po Zjednoczeniu byłam tylko w jednym mieście byłego NRD- we Frankfurcie nad Odrą. Autobusem miejskim można stamtąd przejechać do Słubic - nie da się ukryć, że Słubice funkcjonuję głównie dzięki temu, że graniczą przez Odrę z Niemcami, którzy są tu codziennymi gośćmi. Zakłady fryzjerskie, kosmetyczne, stomatolodzy, sklepy - to wszystko żyje z tego, że Niemcy korzystają z tych usług. Zadowolenie jest obustronne-jedni są zadowoleni, że mogą obniżyć swe koszty, a inni- że zarabiają pieniądze na życie. Więc niech tak zostanie na zawsze - granica wspólnej Europy, którą można bez żadnych przeszkód przekraczać ilekroć się ma na to ochotę.
Zdjęcie zrobione w grudniu 2019r z mostu na Odrze, pomiędzy Polską a Niemcami.
......skończyłam "patchworkową " serwetkę. Szło mi wolno, niczym krew z nosa u osoby z podwyższoną krzepliwością krwi. I nawet już ją odprasowałam i leży grzecznie na stole w dziennym pokoju. Już się nawet nie przyznam ile dni się zbierałam by ją odprasować po zrobieniu, bo normalnie - aż wstyd. Ale jest i tak się prezentuje:
Powstała z 9 kwadratów, łączonych kolejno w trakcie ostatniego okrążenia. Wzór łatwy do zapamiętania i nie wiem, czemu mi to tak ślamazarnie szło. Jak mawiała moja przyjaciółka : "to idzie starość, starość i śpiewa".
Starszy jadł dziś u mnie lunch - obejmuje mnie na powitanie "covidowo" - przytula się ciasno z głową odwróconą w drugą stronę i nic nie mówi. Jakoś mu te poniedziałkowe lunche u mnie pasują. Na następny poniedziałek mam mu zrobić jakieś racuszki. Więc zrobię, ale bezglutenowe , żebym się również na nie załapała. Dziecko bardzo urosło ostatnio i tylko patrzeć jak będzie wyższy ode mnie. Nawiasem mówiąc to nie sztuka, bo ja niska jestem. Ma 11 i pół roku, chude to niemiłosiernie, ale silne i bardzo rozgarnięte. No i ma "skazę" rodzinną - szalenie dużo czyta. Głos już mu się zmienia. Nie chodzi już w tym roku na chór - właśnie "odkryto", że podczas głośnego śpiewania i mówienia drobniutkie kropelki opuszczają naszą jamę ustną i zakażają otoczenie, jeżeli na coś łaskawie chorujemy. No normalnie wręcz epokowe odkrycie, na miarę odkrycia Ameryki przez Kolumba. Ciekawe tylko skąd ja o tym wiem od dziecka. No i w związku z tym odkryciem na razie chór nie funkcjonuje. Wyczytałam dziś , że we Francji i Holandii niepokojąco wzrosła ilość zachorowań na covid. Szalenie jakoś polubił ludzi ten wirus.
Pogoda jak na razie jest w porządku - ciepło, słońce, ale na weekend długoterminowa prognoza przewiduje opady. Szkoda, bo chcieliśmy jeszcze sobie popływać motorówką po jeziorze w okolicy Berlina. To nawet lepsze niż rejs po Szprewie, bo można samemu łódką sterować. Ale jak będzie naprawdę nie wiadomo - te długoterminowe prognozy nie zawsze się sprawdzają. Oby to była pomyłka.
Dziś odkryłam, że w Zionskirche (Kościół Syjonu) są organizowane wielce kameralne koncerty fortepianowe przy świecach. Poza tym w jego pobliżu odbywają się targi ekologicznej żywności - muszę "wpuścić" sprawę córce, bo chętnie bym na taki koncert poszła.
A tak poza tym u mnie jak na działkach - nic się nie dzieje.
........niektórzy dostają mdłości gdy się zachwycam Berlinem i piszę o moim życiu w tym mieście w samych superlatywach. Ale tak się składa, że tak mniej więcej od końca 2009 roku postanowiłam zmienić nieco swój sposób patrzenia na to co mnie otacza jak i na to co mnie spotyka posługując się "syndromem Pollyanny", czyli w najgorszym koszmarze wyszukując jakiś pozytyw. To nie jest łatwe, uwierzcie mi, bo życie samo w sobie wcale nie jest lekkie, łatwe i przyjemne niczym muzyka rozrywkowa. Berlin poznałam kilka lat wcześniej nim tu zamieszkałam. Oczywiście poznałam go tylko okiem turysty, co ma niewiele wspólnego z życiem tu stale. Przyjeżdżaliśmy gdy córka i jej mąż mieli akurat urlop, więc sporo nas wtedy po Berlinie oprowadzali. Byliśmy i zimą i latem, gdy cały Berlin tonął w zapachu kwitnących lip, których tu jest mnóstwo. Bardzo się nam to miasto spodobało, więc gdy córka zaproponowała, żebyśmy może jednak skorzystali z tego, że możemy, zgodnie z prawem unijnym, zamieszkać bez problemu w każdym z krajów UE, po 15 minutowym namyśle podjęliśmy tę decyzję. Wiem, wariactwo absolutne, bo oboje już starzy, na dodatek bez języka niemieckiego, ale pomimo tego przyjechaliśmy. Jestem tu legalnie, nie na wariackich papierach, mam legalne ubezpieczenie zaakceptowane przez polski NFZ, jestem zameldowana, wynajmuję legalnie mieszkanie.
Mieszkam w starej dzielnicy, która powstawała w samym początku dwudziestego stulecia, a po zakończeniu II wojny światowej wyszła spod nalotów w niewielkim stopniu zrujnowana a w czasie podziału Niemiec była w strefie okupowanej przez państwa zachodnie, a nie ZSRR. I zapewne dlatego tylko te budynki nadal służą ludziom, są zadbane, odrestaurowane, zrewitalizowane, bo zawsze miały właściciela, nie były państwowe, czyli, w pojęciu ogółu - niczyje. A według przepisów właściciel miał obowiązek dbania i o wygląd zewnętrzny budynku i o wygodę osób które albo wynajęły albo wykupiły w nim mieszkanie. I tak jest do dziś. I nie ma znaczenia kto jest właścicielem budynku- osoba prywatna, spółka czy spółdzielnia. Doskonale wiem, że są w Berlinie stare, bardzo zaniedbane domy, zwłaszcza w dawnej części Wschodniego Berlina. Ale ja tam nie mieszkam, ja tam nawet nie bywam, bo po prostu nie mam po co. Zaczynam prowadzić żywot niczym stara paryżanka - jeśli nie masz po co - nie wyściubiaj nosa poza swoją dzielnicę. Moja dzielnica jest wystarczająco duża bym musiała się po niej poruszać metrem lub autobusem chcąc się przemieścić z jej jednego końca na drugi. Lekarza mam w tej samej dzielnicy, ale do niego mam sześć przystanków metrem.
Wiem też, że niektórych gorszy sam fakt przeprowadzenia się do Niemiec, bo nadal hodują w swych sercach nienawiść, zamiast zastanowić się dlaczego ktoś opętany znalazł poklask. Cała moja rodzina na mnie pluje z tej okazji, ale nie wiedzą, że ja już dawno skreśliłam ich z listy osób lubianych i szanowanych. Nie umiem hodować w sercu nienawiści, staram się zrozumieć działanie innych, choć to czasem jest bardzo, bardzo trudna sprawa.
Oczywiście są rzeczy, które mniej mi się podobają w Berlinie - do białej gorączki doprowadzał mnie brak miejsc parkingowych - zauważcie ten czas przeszły- teraz już pozbyłam się samochodu i mam problem z głowy. Primo - utrzymanie samochodu kosztuje, a ja żyję w kraju strefy Euro a dochód, czyli emeryturę mam w złotówkach- sprawdźcie kurs bankowy , a zrozumiecie. Gdy do tego doda się brak miejsc parkingowych i cholernie drogie parkingi, których i tak zawsze brakuje to okazuje się, że w skali roku taniej jest pojechać gdzieś wynajętym samochodem. Brak mi niedużych sklepów - nieco wpienia mnie fakt, że po gumę do majtek, nici itp. pasmanteryjne drobiazgi muszę jechać 3 przystanki metrem, potem przemierzyć kilometry w Galerii Handlowej by na końcu naszukać się w samoobsługowym stoisku owej gumy- bo wszystko jest bardzo starannie popakowane w pudełeczka z maleńkimi okienkami. No ładnie to wygląda, ale ja jestem starej daty i trochę mnie to wnerwia. Tak ogólnie to musiałam zmienić warszawskie przyzwyczajenia i teraz zapisuję co mam kupić z "rzeczy niejadalnych" i gdy się tego dobra trochę zbierze robię "wyprawę po złote runo". Ale i tak mam szczęście, bo do "spożywczaka" mam tylko 350 metrów do przejścia. Kolejne sklepy spożywcze mam w odległości 1 kilometra i ponad kilometra.
Cieszę się, że nie mam żadnego zwierzaka - ceny usług weterynaryjnych są zabójcze. Niedaleko od domu mam przychodnię weterynaryjną - aż jestem niezdrowo ciekawa z czego oni żyją, bo tam zawsze pusto, a przychodnia "jak byk" wielka. Poza tym to nie mam nigdzie blisko terenu wybiegowego dla psa - najbliższe to ponad kilometr od domu. Co prawda odpadłby koszt obcinania pazurów u weta bo psina chodziłaby dużo po chodniku, więc miałaby starte pazury.
To co mnie najbardziej w Berlinie denerwuje to ....Sylwester i to całonocne strzelanie, no ale to jest tylko raz w roku - da się w sumie przeżyć.
Ale po 2 latach mieszkania tutaj jedno wiem na pewno - kocham to miasto, lubię tu być, lubię chodzić starymi chodnikami pamiętającymi jeszcze przedwojenne czasy, lubię ten miły zwyczaj pozdrawiania się przez osoby nie znające się wzajemnie, lubię tę wymianę uśmiechów gdy złapiesz z kimś na ulicy lub w metrze kontakt wzrokowy. Wcale nie tęsknię ani za Warszawą ani za Polską i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia.
A dziś obejrzałam i zachwyciłam się taką "kuracją odchudzającą" - kroki proste, ale spróbujcie tyle czasu trzymać ręce w górze i jeszcze utrzymać rytm kastanietów:
I tak sobie smętnie pomyślałam, ze zaraz by się w kraju nad Wisłą ktoś doczepił do faktu, że facet ma chustkę zawiązaną na głowie- chustka, damski atrybut więc co z tym facetem????
I jak zawsze- oglądajcie na YT. Miłego nowego tygodnia Wszystkim!
Podobno dziś od świtu w całej Unii Europejskiej będzie prowadzona akcja kaskadowego pomiaru szybkości z jaką jeżdżą użytkownicy dróg. Na określonym, a znanym tylko policji odcinku drogi, będzie po kilka z rzędu patroli mierzących prędkość. I podobno będą bardzo wysokie mandaty za przekraczanie dozwolonej prędkości. No cóż, zapewne się policja europejska nieźle dziś obłowi.
No a skoro piątek to coś do obejrzenia i posłuchania na weekend. Mam zamiar obejrzeć i posłuchać niejakiego pana Verdiego:
Nie każdy lubi operę , ale wiele z nas chętnie pojechałoby w jakieś egzotyczne miejsce, np. śladami malarza , a więc Paul Gauguin i jego malarstwo:
A może wolicie Paryż i jego wielce rozrywkowe miejsca? A na dodatek mam jeszcze blues: Miłego, pogodnego weekendu Wam życzę.
I nie dajcie się złapać na którejś z dróg, Polska jeszcze wciąż jest w UE, więc i u Was mogą być te kontrole kaskadowe.